Mimo wielu mieszanych uczuć poczułam ukłucie w sercu, zabolało mnie to. Zaskoczona byłam tym faktem. Jego błyszczące oczy wpatrywały się we mnie z zaciekawieniem.
- I na co się patrzysz, idioto? - Warknęłam i pociągnęłam słomką kolejny łyk koktajlu.
- Zarumieniłaś się , Kate - odparł nostalgicznie i lekko się uśmiechną.
- Przestań się tak do mnie zwracać! - Fuknęłam. Złapałam pośpiesznie słuchawki i telefon, plecak narzuciłam na ramię. W ułamku sekundy zniknęłam za trybunami.
- Uważaj, serce nie sługa! - Jego rozbawiony ton głosu.. nie, nie, nie! Nie mogę tak po prostu się w nim zakochać. Znam Dawida od 13 lat, jest dla mnie jak starszy brat, irytujący starszy brat. Na samą myśl o miłości mam mdłości.
- Odczep się! - Moje słowa porwał wiatr.
Lekcje jak zwykle mijały w swoim rytmie. Matma przepełniona napięciem i sztywnością. Biologia urozmaicona humorystycznie przez chłopaków ,a chemia niczym stąpanie po kruchym lodzie.
Naukę kończyłam o w pół do piątej więc zostało mi pół godziny do autobusu. Minąwszy furtkę od szkolnego boiska skierowałam się wzdłuż ulicznych kamienic. Po przejściu na drugą stronę ulicy mój wzrok przykuł pewien napis na jednym z pobliskich murków. Z mojej piersi automatycznie wydarł się cichy szloch, drżącymi rękoma wyciągnęłam z plecaka paczkę Malboro. Po moich policzkach spływały gorące łzy zapewne pozostawiając ciemne smugi tuszu. " Jesteś martwa Kate " głosił napis. Te słowa płonęły w moim umyśle. Czym sobie na to zasłużyłam? Podobne pytania kotłowały się w mojej głowie. Wpatrując się w chodnik schowałam papierosy. Nie mogę powrócić do nałogu, nie teraz. Skryłam się w cieniu drzewa i usiadłam pomiędzy korzeniami. Obserwowałam uczniów wylewających się ze wschodniego skrzydła szkoły. Łączyli się w grupy. Z oddali dojrzałam moją ekipę, zapewne zastanawiali się czemu tak znikłam. Zaintrygował mnie fakt ,że nigdzie nie było widać Dawida..
- Bawisz się w zboczeńca czyhającego na małe dzieci w krzakach co Kate? - podskoczyłam ze strachu momentalnie. Byłam tak skupiona na obserwowaniu szkoły ,że nie dostrzegłam gdy do mnie podchodził.
- Daj mi spokój.. nie mam ochoty się z tobą droczyć..- odparłam do Dawida.
- A czy kiedykolwiek miałaś? - zapytał. Spiorunowałam go wzrokiem. Nie odzywaliśmy się dłużą chwilę. Czułam jak świdruje mnie spojrzeniem, bada.
- Co się stało? Masz rozmazany tusz.
- Wszystko jest w porząsiu jak zwykle.
- Okłamujesz samą siebie. - Dodał po czym usiadł obok mnie. Siedział tak blisko...
- Nic mi nie je..
- Kate. - Urwał mi.
Obróciłam się w jego stronę. Przecież mogę mu ufać.. zawsze przy mnie był... zawsze mogliśmy na siebie liczyć.. Po moich policzkach spłynęły kaskady łez, a on zamiast spytać się " po co znowu beczysz Kate? " objął mnie i przyciągną do siebie tak ,że wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Czułam jego powolny rytm serca.
- Co ty robisz? - odparłam. Byłam zbyt słaba aby wyrwać się z jego objęć. Trzymał mnie mocno ale z pewną czułością jakby bal się ,że mógłby mnie stracić.
- Nie chce aby ktoś widział jak płaczesz.
-Ale..
- Żadnych ale. Po prostu daj upust emocją. Dobrze ci to zrobi - dodał z zupełnym spokojem.
I w tym momencie wtulona w jego pierś rozryczałam się na dobre. A on przez ten cały czas głaskał mnie po głowie i szepcząc zapewniał ,że wszystko się ułoży. Jakby czuł mój niepokój... w głębi duszy zdawałam sobie sprawę z rzeczywistego zagrożenia, ta groźba nie była byle pogróżką. Podobne teksty pojawiały się co jakiś czas ale teraz to przerosło moje pojęcie. Nie zdawałam sobie sprawy ,że mój prześladowca mógłby posunąć się tak daleko..
sobota, 11 czerwca 2016
poniedziałek, 23 maja 2016
środa, 30 marca 2016
one sense
straszny chłód
wilczy głód
te uczucie
niczym w sercu kłócie
po moim ciele
legiony dreszczy
jak ten mroczny uśmiech
złowieszczy
wilczy głód
te uczucie
niczym w sercu kłócie
po moim ciele
legiony dreszczy
jak ten mroczny uśmiech
złowieszczy
środa, 16 marca 2016
Niezależna...
Strużka dymu unosiła się z nad niedopałka. Poprzez zamazany obraz patrzyłam jak kłębek dymu rozpływa się w powietrzu. Krople deszcz muskał moje policzki, a ja obserwowałam jak buchający dym z moich ust zatruwa powietrze. Odrażający widok. Zgniotłam papierosa o czubek buta i podniosłam się z wilgotnego trawnika. Po otrzepaniu spodni naciągnęłam kaptur na czuprynę i złapałam pośpiesznie plecak. Katem oka dostrzegłam zbliżające się postacie. Policja... Eh.. Jak zwykle musieli mi popsuć urocze popołudnie.. Ruszyłam spacerkiem w stronę lasu w ogóle nie przejmując się "pościgiem". Słyszałam zbliżające się kroki na ścieżce i krzyki. Gonili mnie, zabawne jak zwykle wkładali w to za mało starań.
- Zatrzymaj się! - usłyszałam i zerknęłam kątem oka.
Krzyki powtarzały się niejednokrotnie i za każdym razem padające groźby puszczałam mimo uszu. W pewnym momencie wyczułam drganie powietrza obok mojego ramienia, z płynną precyzją uniknęłam chwytu policjanta. Ten zaś runął na ziemię upadając z głuchym plaskiem. Uniosłam delikatnie kąciki ust i przyjrzałam się przeciwnikom. Czterech uzbrojonych funkcjonariuszy, jeden przenosił ciężar ciała na prawą nogę zapewne z powodu kontuzji. Spływające z jego czoła kropelki potu i deszczu otarł wierzchem dłoni.
- W czymś mogę pomóc? - wyszczerzyłam zęby w złowieszczym uśmiechu.
Usłyszałam zbliżające się kroki za moimi plecami.
- Nie radzę...- wyszeptałam. W ułamku sekundy mężczyzna po szybkim ruchu opadł bezwładnie na słodko zieloną trawę z nienaturalnie przekręconą głową. Wybuchłam śmiechem, moje okrucieństwo było dość porażające ale czemu wyszkoleni funkcjonariusze nie mogą sobie poradzić z buntowniczą nastolatką? Mój hi hot zamienił się w mokry kaszel.
- Eh.. Paskudna wilgoć, można szybko się rozchorować..
Zacisnęłam delikatnie pięść, na twarzach mężczyzn malował się grymas bólu. Im mocniej zaciskałam pięść tym większe cierpienie to zadawało.
- Proszę.. nie... - wycharczał jeden z nich.
- Po raz kolejny naruszacie moją prywatność... I nie powiem żeby mi się to podobało.. - wypowiedziawszy te słowa podeszłam do najbliższego z nich. Miał około metr dziewięćdziesiąt wzrostu więc patrzałam na niego z dołu. Delikatnie rozchyliłam wargi i dmuchnęłam ciepłą parą. Po funkcjonariuszu został jedynie rozpraszający się dym.. Wystarczyło jedno dmuchnięcie a on i reszta policjantów rozmyła się w powietrzu zostawiając mnie samą na polanie.
Obróciłam się na pięcie ,aż moje glany zapiszczały na trawie. Skierowałam się między drzewa by zaszyć się w mroku przed resztą świata. Usłyszałam pierwsze oznaki burzy...
- Zatrzymaj się! - usłyszałam i zerknęłam kątem oka.
Krzyki powtarzały się niejednokrotnie i za każdym razem padające groźby puszczałam mimo uszu. W pewnym momencie wyczułam drganie powietrza obok mojego ramienia, z płynną precyzją uniknęłam chwytu policjanta. Ten zaś runął na ziemię upadając z głuchym plaskiem. Uniosłam delikatnie kąciki ust i przyjrzałam się przeciwnikom. Czterech uzbrojonych funkcjonariuszy, jeden przenosił ciężar ciała na prawą nogę zapewne z powodu kontuzji. Spływające z jego czoła kropelki potu i deszczu otarł wierzchem dłoni.
- W czymś mogę pomóc? - wyszczerzyłam zęby w złowieszczym uśmiechu.
Usłyszałam zbliżające się kroki za moimi plecami.
- Nie radzę...- wyszeptałam. W ułamku sekundy mężczyzna po szybkim ruchu opadł bezwładnie na słodko zieloną trawę z nienaturalnie przekręconą głową. Wybuchłam śmiechem, moje okrucieństwo było dość porażające ale czemu wyszkoleni funkcjonariusze nie mogą sobie poradzić z buntowniczą nastolatką? Mój hi hot zamienił się w mokry kaszel.
- Eh.. Paskudna wilgoć, można szybko się rozchorować..
Zacisnęłam delikatnie pięść, na twarzach mężczyzn malował się grymas bólu. Im mocniej zaciskałam pięść tym większe cierpienie to zadawało.
- Proszę.. nie... - wycharczał jeden z nich.
- Po raz kolejny naruszacie moją prywatność... I nie powiem żeby mi się to podobało.. - wypowiedziawszy te słowa podeszłam do najbliższego z nich. Miał około metr dziewięćdziesiąt wzrostu więc patrzałam na niego z dołu. Delikatnie rozchyliłam wargi i dmuchnęłam ciepłą parą. Po funkcjonariuszu został jedynie rozpraszający się dym.. Wystarczyło jedno dmuchnięcie a on i reszta policjantów rozmyła się w powietrzu zostawiając mnie samą na polanie.
Obróciłam się na pięcie ,aż moje glany zapiszczały na trawie. Skierowałam się między drzewa by zaszyć się w mroku przed resztą świata. Usłyszałam pierwsze oznaki burzy...
niedziela, 21 lutego 2016
Czasami aby wiedzieć ile ktoś dla nas znaczy, sprawdzamy swoje reakcje na długą rozłąkę. Ten "test" może przynieść negatywne skutki , wtedy błędy które popełniliśmy na zawsze zostaną. Sami jesteśmy przyczyną, sami jesteśmy skutkiem. To co widzimy, słyszymy, czujemy ,postrzegamy i myślimy pozwala nam stworzyć własny obraz wyobrażenia świata. Trzymamy w rękach kredki i to od nas zależy jak sobie pokolorujemy życie. Próbujemy patrzeć mądrze na świat, szukać swoich racji, zmieniać życie innych na lepsze. Wydaje się to banalnie proste - nie, po prostu nie poznaliśmy się na życiu. Unikamy przyznawania się do winy. Nie ważne ile wysiłku włożymy w wyznaczony odcinek czasu naszego życia - jesteś sami w sobie ciągiem zdarzeń prowadzących do własnej zguby .
wtorek, 26 stycznia 2016
Revival
Dzwon kościoła Santa Maria właśnie wybijał dwunastą. Rozpoczęła się arytmetyka. Dziewczyny tłoczyły się pośród ławek.
- Cisza! Dziewczęta na miejsca! - po sali rozniósł się tubalny głos pani Sempare. Gwar ucichł. Szuranie krzeseł rozbrzmiało po sali. Zajęłam miejsce obok swojej przyjaciółki. Rachel uczesana była w dwa dobierane warkocze. Płócienna sukienka idealnie opinała się na jej drobnej figurze. Poznałyśmy się w pierwszej klasie podczas rozpoczęcia nauki w sierocińcu. Dziewczyna obdarzyła mnie swoim promiennym uśmiechem. Rozluźniłam mięśnie i usiadłam wygodnie w ławce. Nie przepadałam zbytnio za matematyką, lecz byłam pewna ,że po ostatniej eskapadzie do odpowiedzi dzisiaj trafi na kogoś innego. Przynajmniej miałam taką nadzieje. Nauczycielka powoli zapisywała przykłady na tablicy. Pierwiastki, minusy, plusy... O nie.. Liczby nie wymierne! Tylko nie to... Zamarłam może ze strachu, może ze stresu. Po plecach przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz. Napięłam mięśnie i wstrzymałam oddech.
- Do pierwszego przykładu podejdzie... - wzrok kobiety prześlizgną się po uczennicach - Ann, może ty? - odparła spojrzawszy na mnie.
Wypuściłam powietrze. Moje oczekiwania minęły się z celem. Poczułam skurcz w żołądku.
Spokojnie, dasz rade. To tylko nie groźny przykład matematyczny.
Myśli krążyły po mojej głowie. Odsunęłam krzesło. Rachel posłała mi współczujące spojrzenie. Oczy rówieśniczek ciekawie mi się przyglądały, samotnie przechadzającej się ofierze mordu edukacyjnego. Fala gorąca doprowadziła , mnie do potu. Drżącą ręką odebrałam kredę. Zagubionym spojrzeniem przyglądałam się zapisanemu działaniu.
- Mamy czekać aż nastanie nowy dzień, Ann? - zadała pytanie spokojnym głosem pani Sempare. Po klasie przebiegł cichy szmer, śmiech.
Ta pustka... czemu jak zwykle nic nie pamiętam?!
Zaczęłam kreślić cyfry. Kreda nieprzyjemna skrzypiała pod naciskiem. Zaciekawił mnie fakt iż w klasie zapanowała cisza. Zerknęłam na nauczycielkę... ona... nie poruszała się. Wzrok utkwiony miała w jakiś punkt na końcu sali. Nie mrugała, nie oddychała, nawet nie drgała. Tak jakby była zamrożona. Obróciłam głowę, wszystkie dziewczyny wyglądały identycznie. Te nieobecne spojrzenie... ich oczy wydawały się mroczne. Przemierzyłam salę. Wyjrzawszy przez okno dostrzegłam coś niecodziennego... Zamurowało mnie. Tuż przy szybie znajdowała się mewa, tak jakby próbująca wystartować. Wisząca z rozpostartymi skrzydłami. Jej dzikie oczy świdrowały mnie na wylot. Odsunęłam się z skwaszoną miną. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Rachel... Jej oczy, jakby spłoszone wpatrywały się w nicość. Po cichu podeszłym do naszej ławki, ująwszy dłoń przyjaciółki nie byłam zbytnio zadowolona z faktu iż jest przerażająco zimna. Pomachałam jej zeszytem przed oczami. Nic, żadnej reakcji. Klepnęłam delikatnie w policzek. Brak jakichkolwiek zmian... Zmusiło mnie to do obserwacji innych koleżanek. Te same nieobecne spojrzenia... Blade jak porcelana twarze.. Przeszłam na tyły sali by ocenić swoją sytuację. Po krótkim namyśle oparłam się o ścianę. Zaskoczył mnie fakt gdy usunęła się z pod moich pleców... Obejrzałam się za siebie. Zamiast ściany znajdował się tu długi mroczny korytarz... Pełnił funkcję przedłużenia sali lekcyjnej... Zostawiając za sobą klasę postawiłam nogę na czarnej płytce, jednej z wielu które tworzyły coś na kształt szachownicy. Drugą nogę postawiłam na białej kafelce.. Lecz ta od razu po kontakcie z moją stopą pokruszyła się na miliony kawałeczków..
- Uciekaj! - pisnął ledwo słyszalny głos za moimi plecami. Obróciwszy się gwałtownie przywaliłam sobie włosami w twarz. Od pokoju oddzielała mnie jedynie cienka warstwa szkła. Przyłożyłam do szyby dłoń. Szkło zafalowało... Po chwili pękło sypiąc się niczym piasek. Ukazała się przede mną przytłaczająca jak i tajemnicza otchłań. Bez zastanowienia uniosłam spódnice do góry. Skacząc z stopnia na stopień coraz bardziej wpadałam w rytm. Korytarz za mną zaczął się sypać. Ściany i podłoga zapadały się zostawiając po sobie pustkę. Na końcu tunelu dostrzegłam świecący punkt. Miałam wrażenie ,że z każdym moim krokiem światło się oddala. Powoli zaczęło mi brakować tchu. Coraz częściej przystawałam na stopniach. W pewnym momencie miałam uczucie jakby spod mych stóp rozpadało się podłoże. Nie wiem ile mogło upłynąć czasu kiedy dobiegłam do końca korytarza. Bez wahania wyskoczyłam przez okno , które zamknęło się z głośnym trzaskiem i rozpłynęło w powietrzu...
Był to czyn nie ostrożny i raczej mało kto by go pochwalał. Wiatr nieubłaganie mocno szarpał moimi włosami. Sukienka trzepotała na porywach bryzy. Odnosiłam wrażenie iż spadam i zarazem wisze w powietrzu. Do okoła mnie rozciągały się bezkresy oceanu. Złote, piękne , zachodzące słońce pokolorowało swoimi promieniami cały otaczający mnie teren. Wszystkie odcienie czerwieni, purpury i złota zdobiły niebo i taflę wody. Rozpostarłam ręce, zamknęłam oczy i dałam się ponieść sile natury. Mimo zbliżającego się niebezpieczeństwa czułam jak powoli każdą cząsteczkę mojego ciała ogarnia spokój... Czas ciągną się nieubłaganie. Kompletnie zapomniałam jaki dzisiaj dzień, rok, miesiąc... Która godzina... Nawet nie mogłam sobie przypomnieć własnego imienia.... Nie pamiętam do końca zderzenia z wodą. Wiem jedno. Ból od uderzenia znikł tak samo szybko jak i się pojawił. Gwałtownie otworzyłam oczy. Światło przebijało się przez taflę rozszczepiając na miliony barw. Nigdy nie widziałam czegoś tak nie wiarygodnego jak i pięknego. Wynurzyłam głowę z wody i zaczerpnęłam haust powietrza. Woda była lodowata, trzęsąc się cała z zimna brodziłam rękoma i nogami aby utrzymać się na powierzchni. Głęboki wdech. Zanurkowałam. Odpychałam się od wody i coraz głębiej zanurzałam. Nie przejmowałam się coraz ciemniejszą okolicą. Otchłań oceanu wzywała mnie... Mroczna i korcąca by ją zbadać.... Dno wydawało się być w zasięgu ręki. Napływającą woda do płuc stała się coraz bardziej uciążliwa. Wokół mnie szalała burza bąbelków wydobywających się z moich ust... Nie panikowałam mimo że mój organizm tracił powoli swoją żywotność.
Wydobyłam z siebie przerażający pisk.. Miejsce w ,którym się znajdowałam było mi absolutnie obce. Unosiłam się w jakiejś nieznanej mi przestrzeni. Wymachiwałam rękoma i nogami. Moje oczy powoli przystosowywały się do otaczającej mnie scenerii. Powoli rozpoznawałam gdzie się znajduje. Kiedyś pani od fizyki mi o tym wspominała. A więc tak wygląda kosmos... Miliony świecących odległych punktów - gwiazdy. Dalekie kule o różnych barwach - planety. Błyszczące pasy punktów układające się w spiralę - galaktyki... I to wszystko tak blisko mnie. Stan nieważkości w którym się znajdowała powoli doprowadzał mnie do szału. Kompletnie nie mogłam się odnaleźć. Nademną gwiazdy, podemną także... Eh... Ile już tak szybowałam? Jakim cudem ja oddycham? Czy przypadkiem w kosmosie nie ma tlenu..? W mojej głowie powstawało coraz więcej pytań... Spróbowałam zaczerpnąć powietrza. Nic. Może nie było mi ono potrzebne? Spróbowałam jeszcze raz. Brak rezultatów..skrzyżowałam ręce na piersi i dałam ponieść się grawitacji, a raczej jej braku.
Szybowałam już tak od dłuższego czasu... Powieki zaczęły mi się słodko kleić do snu. Uznałam że chwila drzemki to nie koniec świata.
- Ann? Wszystko okej? - głos nauczycielki wyrwał mnie z otępienia.
Przymróżyłam oczy i wypuściła powietrze z płuc. Przyjrzałam się tablicy... Wszystkie przykłady... Rozpisane były co do cyfry. Idealnie pod względem kaligraficznym i matematycznym.
- Ann?
- Tak... Chyba tak... - odparłam. Spojrzałam na swoje dłonie. Były całe oblepione białym pyłem. Strzepnełam kredę i usiadłam na swoim miejscu. Rachel coś do mnie nadawała, nie wsłuchiwałam się. Zmyślona spoglądałam na kartkę...
- Cisza! Dziewczęta na miejsca! - po sali rozniósł się tubalny głos pani Sempare. Gwar ucichł. Szuranie krzeseł rozbrzmiało po sali. Zajęłam miejsce obok swojej przyjaciółki. Rachel uczesana była w dwa dobierane warkocze. Płócienna sukienka idealnie opinała się na jej drobnej figurze. Poznałyśmy się w pierwszej klasie podczas rozpoczęcia nauki w sierocińcu. Dziewczyna obdarzyła mnie swoim promiennym uśmiechem. Rozluźniłam mięśnie i usiadłam wygodnie w ławce. Nie przepadałam zbytnio za matematyką, lecz byłam pewna ,że po ostatniej eskapadzie do odpowiedzi dzisiaj trafi na kogoś innego. Przynajmniej miałam taką nadzieje. Nauczycielka powoli zapisywała przykłady na tablicy. Pierwiastki, minusy, plusy... O nie.. Liczby nie wymierne! Tylko nie to... Zamarłam może ze strachu, może ze stresu. Po plecach przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz. Napięłam mięśnie i wstrzymałam oddech.
- Do pierwszego przykładu podejdzie... - wzrok kobiety prześlizgną się po uczennicach - Ann, może ty? - odparła spojrzawszy na mnie.
Wypuściłam powietrze. Moje oczekiwania minęły się z celem. Poczułam skurcz w żołądku.
Spokojnie, dasz rade. To tylko nie groźny przykład matematyczny.
Myśli krążyły po mojej głowie. Odsunęłam krzesło. Rachel posłała mi współczujące spojrzenie. Oczy rówieśniczek ciekawie mi się przyglądały, samotnie przechadzającej się ofierze mordu edukacyjnego. Fala gorąca doprowadziła , mnie do potu. Drżącą ręką odebrałam kredę. Zagubionym spojrzeniem przyglądałam się zapisanemu działaniu.
- Mamy czekać aż nastanie nowy dzień, Ann? - zadała pytanie spokojnym głosem pani Sempare. Po klasie przebiegł cichy szmer, śmiech.
Ta pustka... czemu jak zwykle nic nie pamiętam?!
Zaczęłam kreślić cyfry. Kreda nieprzyjemna skrzypiała pod naciskiem. Zaciekawił mnie fakt iż w klasie zapanowała cisza. Zerknęłam na nauczycielkę... ona... nie poruszała się. Wzrok utkwiony miała w jakiś punkt na końcu sali. Nie mrugała, nie oddychała, nawet nie drgała. Tak jakby była zamrożona. Obróciłam głowę, wszystkie dziewczyny wyglądały identycznie. Te nieobecne spojrzenie... ich oczy wydawały się mroczne. Przemierzyłam salę. Wyjrzawszy przez okno dostrzegłam coś niecodziennego... Zamurowało mnie. Tuż przy szybie znajdowała się mewa, tak jakby próbująca wystartować. Wisząca z rozpostartymi skrzydłami. Jej dzikie oczy świdrowały mnie na wylot. Odsunęłam się z skwaszoną miną. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Rachel... Jej oczy, jakby spłoszone wpatrywały się w nicość. Po cichu podeszłym do naszej ławki, ująwszy dłoń przyjaciółki nie byłam zbytnio zadowolona z faktu iż jest przerażająco zimna. Pomachałam jej zeszytem przed oczami. Nic, żadnej reakcji. Klepnęłam delikatnie w policzek. Brak jakichkolwiek zmian... Zmusiło mnie to do obserwacji innych koleżanek. Te same nieobecne spojrzenia... Blade jak porcelana twarze.. Przeszłam na tyły sali by ocenić swoją sytuację. Po krótkim namyśle oparłam się o ścianę. Zaskoczył mnie fakt gdy usunęła się z pod moich pleców... Obejrzałam się za siebie. Zamiast ściany znajdował się tu długi mroczny korytarz... Pełnił funkcję przedłużenia sali lekcyjnej... Zostawiając za sobą klasę postawiłam nogę na czarnej płytce, jednej z wielu które tworzyły coś na kształt szachownicy. Drugą nogę postawiłam na białej kafelce.. Lecz ta od razu po kontakcie z moją stopą pokruszyła się na miliony kawałeczków..
- Uciekaj! - pisnął ledwo słyszalny głos za moimi plecami. Obróciwszy się gwałtownie przywaliłam sobie włosami w twarz. Od pokoju oddzielała mnie jedynie cienka warstwa szkła. Przyłożyłam do szyby dłoń. Szkło zafalowało... Po chwili pękło sypiąc się niczym piasek. Ukazała się przede mną przytłaczająca jak i tajemnicza otchłań. Bez zastanowienia uniosłam spódnice do góry. Skacząc z stopnia na stopień coraz bardziej wpadałam w rytm. Korytarz za mną zaczął się sypać. Ściany i podłoga zapadały się zostawiając po sobie pustkę. Na końcu tunelu dostrzegłam świecący punkt. Miałam wrażenie ,że z każdym moim krokiem światło się oddala. Powoli zaczęło mi brakować tchu. Coraz częściej przystawałam na stopniach. W pewnym momencie miałam uczucie jakby spod mych stóp rozpadało się podłoże. Nie wiem ile mogło upłynąć czasu kiedy dobiegłam do końca korytarza. Bez wahania wyskoczyłam przez okno , które zamknęło się z głośnym trzaskiem i rozpłynęło w powietrzu...
Był to czyn nie ostrożny i raczej mało kto by go pochwalał. Wiatr nieubłaganie mocno szarpał moimi włosami. Sukienka trzepotała na porywach bryzy. Odnosiłam wrażenie iż spadam i zarazem wisze w powietrzu. Do okoła mnie rozciągały się bezkresy oceanu. Złote, piękne , zachodzące słońce pokolorowało swoimi promieniami cały otaczający mnie teren. Wszystkie odcienie czerwieni, purpury i złota zdobiły niebo i taflę wody. Rozpostarłam ręce, zamknęłam oczy i dałam się ponieść sile natury. Mimo zbliżającego się niebezpieczeństwa czułam jak powoli każdą cząsteczkę mojego ciała ogarnia spokój... Czas ciągną się nieubłaganie. Kompletnie zapomniałam jaki dzisiaj dzień, rok, miesiąc... Która godzina... Nawet nie mogłam sobie przypomnieć własnego imienia.... Nie pamiętam do końca zderzenia z wodą. Wiem jedno. Ból od uderzenia znikł tak samo szybko jak i się pojawił. Gwałtownie otworzyłam oczy. Światło przebijało się przez taflę rozszczepiając na miliony barw. Nigdy nie widziałam czegoś tak nie wiarygodnego jak i pięknego. Wynurzyłam głowę z wody i zaczerpnęłam haust powietrza. Woda była lodowata, trzęsąc się cała z zimna brodziłam rękoma i nogami aby utrzymać się na powierzchni. Głęboki wdech. Zanurkowałam. Odpychałam się od wody i coraz głębiej zanurzałam. Nie przejmowałam się coraz ciemniejszą okolicą. Otchłań oceanu wzywała mnie... Mroczna i korcąca by ją zbadać.... Dno wydawało się być w zasięgu ręki. Napływającą woda do płuc stała się coraz bardziej uciążliwa. Wokół mnie szalała burza bąbelków wydobywających się z moich ust... Nie panikowałam mimo że mój organizm tracił powoli swoją żywotność.
Wydobyłam z siebie przerażający pisk.. Miejsce w ,którym się znajdowałam było mi absolutnie obce. Unosiłam się w jakiejś nieznanej mi przestrzeni. Wymachiwałam rękoma i nogami. Moje oczy powoli przystosowywały się do otaczającej mnie scenerii. Powoli rozpoznawałam gdzie się znajduje. Kiedyś pani od fizyki mi o tym wspominała. A więc tak wygląda kosmos... Miliony świecących odległych punktów - gwiazdy. Dalekie kule o różnych barwach - planety. Błyszczące pasy punktów układające się w spiralę - galaktyki... I to wszystko tak blisko mnie. Stan nieważkości w którym się znajdowała powoli doprowadzał mnie do szału. Kompletnie nie mogłam się odnaleźć. Nademną gwiazdy, podemną także... Eh... Ile już tak szybowałam? Jakim cudem ja oddycham? Czy przypadkiem w kosmosie nie ma tlenu..? W mojej głowie powstawało coraz więcej pytań... Spróbowałam zaczerpnąć powietrza. Nic. Może nie było mi ono potrzebne? Spróbowałam jeszcze raz. Brak rezultatów..skrzyżowałam ręce na piersi i dałam ponieść się grawitacji, a raczej jej braku.
Szybowałam już tak od dłuższego czasu... Powieki zaczęły mi się słodko kleić do snu. Uznałam że chwila drzemki to nie koniec świata.
- Ann? Wszystko okej? - głos nauczycielki wyrwał mnie z otępienia.
Przymróżyłam oczy i wypuściła powietrze z płuc. Przyjrzałam się tablicy... Wszystkie przykłady... Rozpisane były co do cyfry. Idealnie pod względem kaligraficznym i matematycznym.
- Ann?
- Tak... Chyba tak... - odparłam. Spojrzałam na swoje dłonie. Były całe oblepione białym pyłem. Strzepnełam kredę i usiadłam na swoim miejscu. Rachel coś do mnie nadawała, nie wsłuchiwałam się. Zmyślona spoglądałam na kartkę...
poniedziałek, 18 stycznia 2016
Błądzimy...
Błądzimy w mroku ludzkich serc otchłani,
lecząc się na siłę odległymi wspomnieniami,
tłumimy smutek ,żal gdy nowy dzień nadchodzi,
zapominamy o tym wszystkim co dobre - a szkodzi.
Wspomnienia...
Wspomnenia.
Niezwykła, niepowtarzalna, trwała cząsteczka naszego umysłu. Wywołująca szczęście. Przypominają niesamowite przygody, doznania, znajomości. Mają wiele pozytywów... Ale są też mroczne, przytłaczające i gnębiące... Smutne... Ale czy żyjąc tymi wspomnieniami pozbywamy się tych przykrych uczuć? Czy chcąc stracić te wspomnienia nie stracimy kawałka siebie? Każdy z nas ma wspomnienie, dla niektórych cudowne, bezcenne. Dla innych zaś takie ,których chcą się pozbyć za wszelką cenę. Budzą w nas dumę i wstyd, są pokrzepiające i zamartwiające. Wspomnenia których nigdy nie stracimy... Lecz dlaczego ludzie tak bardzo się tego wypierają , co już było i nie można tego zmienić? Próbują się pozbyć tych najbardziej upokarzających wspomnień, strasznych , smutnych. Ale czy one przypadkiem nas czegoś nie uczą? Każde wspomnienie analizujemy przypominając sobie o tych dniach gdy byliśmy naładowani emocjami. Wzburzenie. Uśmiechamy się do siebie lub twarz wykrzywiamy w nieznośnym grymasie. Zadajemy sobie mnóstwo pytań. Ale po co? Po co zadawać pytania dla których nie mamy odpowiedzi? Wspomnienia powinnyśmy zachować dla siebie, nie martwić się przeszłością, cieszyć się przyszłości.
Niezwykła, niepowtarzalna, trwała cząsteczka naszego umysłu. Wywołująca szczęście. Przypominają niesamowite przygody, doznania, znajomości. Mają wiele pozytywów... Ale są też mroczne, przytłaczające i gnębiące... Smutne... Ale czy żyjąc tymi wspomnieniami pozbywamy się tych przykrych uczuć? Czy chcąc stracić te wspomnienia nie stracimy kawałka siebie? Każdy z nas ma wspomnienie, dla niektórych cudowne, bezcenne. Dla innych zaś takie ,których chcą się pozbyć za wszelką cenę. Budzą w nas dumę i wstyd, są pokrzepiające i zamartwiające. Wspomnenia których nigdy nie stracimy... Lecz dlaczego ludzie tak bardzo się tego wypierają , co już było i nie można tego zmienić? Próbują się pozbyć tych najbardziej upokarzających wspomnień, strasznych , smutnych. Ale czy one przypadkiem nas czegoś nie uczą? Każde wspomnienie analizujemy przypominając sobie o tych dniach gdy byliśmy naładowani emocjami. Wzburzenie. Uśmiechamy się do siebie lub twarz wykrzywiamy w nieznośnym grymasie. Zadajemy sobie mnóstwo pytań. Ale po co? Po co zadawać pytania dla których nie mamy odpowiedzi? Wspomnienia powinnyśmy zachować dla siebie, nie martwić się przeszłością, cieszyć się przyszłości.
Żyjąc wspomnieniami sami sie nimi staniemy.
niedziela, 17 stycznia 2016
W ciemnościach...
Para unosiła
się nad herbatą. Siedząc przy biurku byłam w trakcie odrabiania
lekcji. Materiał dosyć trudny, ale do przełknięcia. Lampa
rzucała ciepłe, przyjemne światło tworząc wyjątkową aurę.
Upiłam łyk czarnego bzu.
Gorący,
masakrycznie parzący.
Odruchowo wyplułam napój na tekst przedemną i dotknęłam poparzonego
języka.
Yhhh. No
pięknie teraz muszę wszystko przepisywać na nowo.
Wstałam z krzesła, którego skrzypienie rozniosło się po
pokoju.Nałożywszy kapcie udałam się do łazienki. Przepłukałam
usta zimną wodą. Wróciłam z ręcznikiem papierowym. Odsączyłam
ciecz od tekstu. Już sięgałam po kolejny kawałek gdy nagle
mechaniczny skowyt przerwał ciszę panującą w domu.
No super,
znowu wysadziło korki.
Miałam już tego wszystkiego po dziurki w nosie. Od małego bałam
się ciemności, niestety nie wyrosłam z tego lęku. Panowała
przerażająca ciemność. Za oknem pojawiały się pojedyncze
błyski. Burza... Wielki i głośny grzmot przyśpieszył bicie
mojego serca. Bez opamiętania rzuciłam się na łóżko, gubiąc po
drodze kapcie. W ciemnościach przerywanych blaskiem błyskawic mój pokój wyglądał upiornie. Zaplątałam się w baldachimie i runęłam
na pościel. Zegar zaczął wybijać północ. Zakopana pośród
poduszek i koców liczyłam oddechy. Uspokajało mnie to. Bicie
wahadła nie ustępowało, jakby się zacięło. Powoli robiło mi się
duszno. Zegar wciąż tykał. Tik... Tak... Tik... Tak... Brak tlenu
zmusił mnie do wynurzenia głowy spod pierzyny, całej spoconej
głowy. Chłód pogłaskał mnie po policzkach i przyjemnie orzeźwił.
Rozejrzałam się po pokoju, mrok pochłoną go w całości. Deszcz
zaczął stukać o szyby. Coraz głośniej, w końcu zamienił się w
ulewę. Burza się rozszalała, grzmot na grzmocie. Cienie szalały na
moim dywanie niczym dzikie koty. Skrzypienie drzwi... Spojrzałam w
ich stronę...coś sie poruszyło, wyłapałam to ledwie kątem oka...
Zakryłam dłonią usta. W głowie kotłowało mi się mnóstwo pytań,
myśli.... Moje spojrzenie przykuł poruszający się cień obok szafy. Przymrużyłam oczy... Człekokształtne stworzenie przyglądało mi się swoimi błyszczącymi ślepiami. Po moich plecach powędrował nieprzyjemny, chłodny dreszcz. Cała zesztywniałam. Czułam jak lęk trawi moje emocje...
Spokojnie to tylko zwykły cień...
Liczyłam powoli oddechy w myślach.
Raz... Dwa... Trzy...
Cień przemieścił się.
Cztery...Pięć...Sześć...
Skrzypienie drzwi. Momentalnie odwróciłam głowę w ich stronę. Były lekko uchylone. Cień wpełzł do szpary. Powtarzałam po cichu cyfry.
Siedem...Osiem...
Postać nie pojawiała się. Z nadzieją że to tylko zwidy, opadłam lekko na poduszki i przyłożyłam rękę do czoła. Było gorące. Nagle rozległo się ciche stuknięcie, drzwi zaskoczyły i po chwili zamknęły się. Minuty mijały niczym nieskończoność. W pokoju słychać było mój oddech i szalejącą burzę za oknem. Spoglądam w sufit i myślałam o... o niczym i wszystkim zarazem. Usłyszawszy kroki na schodach automatycznie usiadłam i przyciągnęłam kolana pod brodę oplatając je rękoma. Nagle jakby pukanie dało znak iż ktoś ma zamiar wejść do mojego pokoju. Nic nie powiedziałam, bałam się gościa , który zaraz stanie w drzwiach. Pukanie stało się coraz bardziej natarczywe. Przygryzłam wargi i powstrzymywałam się od płaczu. Klamka przechyliła się, zawiasy pisnęły a drzwi otworzyły się. Odór stęchlizny wypełnił cały pokoju. Zaczęłam kaszleć i dusić się. Skrawkiem koszulki zakryłam usta i nos.W drzwiach pojawiła się owa postać ,która zaledwie kilka minut temu starała się mnie nawiedzić. Jej oczy lśniły pod osłoną nocy niczym miliony diamentów. Wyprostowana sprawiała wrażenie wysokiej.Napięta atmosfera, kropelki potu na moim czole, niespokojny oddech i.. tajemniczy stwór o oczach świecących niczym tysiące gwiazd. Odczuwałam jakby potwór czerpał rozkosz z mojego lęku.. Rozpraszające zimno podsycało mój niepokój. Napięłam mięśnie i spróbowałam się wyciszyć, uspokoić. Liczyłam na to że wtopie się w tło, chciałam złączyć się z mrokiem panującym w pomieszczeniu, stać się jednością. Sekundy mijały a błyszczące oczy postaci cały czas obserwowały moje ruchy. Głośno przełknęłam ślinę. Stawałam się coraz bardziej senna ale nie mogłam przysnąć. Potwór wykorzystałby to i nie wiadomo jakby potoczyła się ta cała sytuacja. Cały czas z kolanami przy brodzie widziałam jak raz po raz istota mrugała, cały czas nieruchoma.
W chwilę później ryk przeszył ciszę panującą w domu. Bestia rzuciła się w moją stronę i dopiero wtedy dostrzegłam olśniewające kły wystające z podniebienia. Nieświadomie wydałam z siebie pisk gdy lodowate dłonie zacisnęły się na mojej szyi. Czułam jak pod naporem ostrych szponów moja skóra pęka. Krew spływała po moim karku. Brakowało mi tchu, z całej siły próbowałam się bronić. Niestety byłam zbyt słaba aby nawet trochę zranić oprawcę. Istota wpatrywała się we mnie z morderczym spojrzeniem. Wyszczerzając zęby wbijała swoje palce coraz mocniej ,dusiła mnie. Szeroko otwarłam oczy gdy w pewnym momencie straciłam bezwładność w nogach. Czy tak właśnie wygląda śmierć przez uduszenie? Szarpałam rękoma resztkami sił. Pulsujący ból nabrzmiewał w mojej głowie, gorące łzy toczyły się po moich policzkach. Poddałam się, moje ręce osunęły się bezwładnie. Widziałam jak żałośnie wyglądam w oczach stwora... na tym świecie zostałam jedynie umysłem..Nagle zapadła ciemność...
Zerwałam się z łóżka głośno przy tym krzycząc. Przez zasłony przedzierały się poranne promienie słońca. Śpiew ptaków, szum drzew.. te wszystkie dźwięki wydobywały się zza uchylonego okna. "Uf.. to był zwykły sen.." pomyślałam i automatycznie z powrotem zwinęłam się w kłębek. "Zwykły sen.."
W chwilę później ryk przeszył ciszę panującą w domu. Bestia rzuciła się w moją stronę i dopiero wtedy dostrzegłam olśniewające kły wystające z podniebienia. Nieświadomie wydałam z siebie pisk gdy lodowate dłonie zacisnęły się na mojej szyi. Czułam jak pod naporem ostrych szponów moja skóra pęka. Krew spływała po moim karku. Brakowało mi tchu, z całej siły próbowałam się bronić. Niestety byłam zbyt słaba aby nawet trochę zranić oprawcę. Istota wpatrywała się we mnie z morderczym spojrzeniem. Wyszczerzając zęby wbijała swoje palce coraz mocniej ,dusiła mnie. Szeroko otwarłam oczy gdy w pewnym momencie straciłam bezwładność w nogach. Czy tak właśnie wygląda śmierć przez uduszenie? Szarpałam rękoma resztkami sił. Pulsujący ból nabrzmiewał w mojej głowie, gorące łzy toczyły się po moich policzkach. Poddałam się, moje ręce osunęły się bezwładnie. Widziałam jak żałośnie wyglądam w oczach stwora... na tym świecie zostałam jedynie umysłem..Nagle zapadła ciemność...
Zerwałam się z łóżka głośno przy tym krzycząc. Przez zasłony przedzierały się poranne promienie słońca. Śpiew ptaków, szum drzew.. te wszystkie dźwięki wydobywały się zza uchylonego okna. "Uf.. to był zwykły sen.." pomyślałam i automatycznie z powrotem zwinęłam się w kłębek. "Zwykły sen.."
Umieram...
Moje
płuco rozerwane
Ryczy
w kącie załamane
Ja
nie mogę
Ja
umieram
Teraz
bardzo jest mi źle
Uratujesz
może mnie?
Nikotyna
w żyłach płynie
A
kłąb dymu z moich warg,
Leci,
sunie ku sufitom
A
ja palę i umieram
Każda
chwila niszczy mnie
To
ma skaza, to mój wyrok
Nie
,bo ja zaciągne się
Wezmę
teraz głębszy oddech
Nie
- nie mogę, duszę się
Czemu
dzisiaj tak mi źle?
Czy
ty uratujesz mnie?
Już
za późno!
Ja
umieram...
Żegnaj...
Nie...
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Mury
Uliczka
Maszerowałam
przez parę dobrych minut. Nie byłam z siebie dumna... Okłamanie
mamy to naprawdę podły czyn. Lecz co można zrobić nie mając
innego wyjścia? Starałam się odepchnąć tę myśli i skupić się
na drodze. Gęsta jak mleko, chłodna, nieprzejrzysta mgła
pochłonęła moje nogi, a po chwili mnie całą. Czasu miałam coraz
mniej. Przyśpieszyłam kroku. Skręciłam między budynkami do
ciasnej uliczki. Mój telefon zabrzęczał cicho. Wyciągnęłam go
ze spodni i przesunęłam palcem po ekranie.
-
Halo?- zapytałam.
-
Jesteś już? - usłyszałam głos przyjaciółki.
-
Idę, będę za jakąś chwilę a co?
-
Sprawdzam czy żyjesz. I pamiętaj o raportach. Jeżeli nie dostanę
załóżmy w przeciągu pół godziny sms-a dzwonie na policje. OK?
-
Tak jest kapitanie.
-
Carmen ja naprawdę się boje a co jeżeli ktoś cie napadnie po
drodze ,a właśnie omijaj szerokim łukiem te uliczki przy szóstej
alei- zniżyła głos do szeptu -podobno często dochodzi tam do
zbrodni...
-
Zbrodni? - przełknęłam ślinę
-
Jezu ,nie - rozczarowanie w głosie było bardzo słyszalne -
właśnie tędy idziesz, prawda?
-
No tak - po chwili wypaliłam - ale bym nie zdążyła ,a zawsze
lubię być na czas.
-
Kazałabym ci zawrócić , ale żyjemy w wolnym świecie. Nie mogę
ci rozkazywać a znając ciebie gdybym poprosiła to i tak byś mnie
nie usłuchała. - Po dłuższym milczeniu dodała -Masz coś do
obrony?
- Swój cięty język.
-
To jakiś sposób obrony. I... tak nie narobisz
wielu szkód. Ale wrazie czego kop. Ostrożnie
kochanie.
-
Jasne. Odmeldowuję się.
-
Spocznij. Bez odbioru - usłyszałam cichy śmiech ,a potem Lena się
rozłączyła.
Poprawiłam
kaptur i naciągnęłam rękawy. Mój strój był prosty i nie
wyróżniający się. Bordowe Vansy czarne, rurki ,granatowa bluza.
Jedynym problemem były moje włosy. Fioletowo pastelowe, przedłużane
po bokach,z grzywką teraz oklapłą i wilgotną. Na szyi miałam
swój ulubiony chooker, cały czarny. Zeszłam z głównej ulicy i
skierowałam się między domy. Odór szczyn i zgnilizny sprowokował
mnie do zasłonięcia ust. Maszerowałam w skupieniu. Powoli
układałam myśli w głowie. A co jeżeli mama się o wszystkim
dowie? ?Może powinnam wrócić.. Poczucie winy pogarszało mi
nastrój. Ze swoimi myślami powędrowałam daleko. Niespodziewanie
wyrosła przede mną ściana.
-
No super - mruknęłam pod nosem. Co ja teraz zrobię. Mmmm... nie
mówcie że się zgubiłam. Teraz to na pewno się spóźnię....Obróciłam się na pięcie. Serce zabiło mi mocniej. Nie ,błagam tylko nie to. Normalnie paraliż strachem. Moje wszystkie mięśnie się napięły. Kilka kroków przede mną stał napakowany dresiarz. Mniej więcej miał metr osiemdziesiąt wzrostu. Na jego łysej głowie lśniły krople potu. Uśmiechnął się pokazując kilka złotych zębów. Iskra chłodu strzeliła na mych plecach, zaczęłam się wycofywać , poczułam za plecami wilgotną cegłę. Byłam w pułapce. Nagle zza pleców ów dresiarza wyłoniło się kilku innych ,jeden miał w ręce nóż a dwóch butelki z piwem. Bałam się. Panika zamrażała każdy korzeń mych nerwów. Oddech mi przyśpieszył.
- Kogo my tu mamy? - odrzekł barczysty mężczyzna niskim głosem.
- Myszka się zgubiła? Hm... może ci jakoś pomóc? - powiedział jego towarzysz postępując przy tym kilka kroków do przodu.
- Nie zbliżajcie się bo zadzwonię na policje - odparłam drżącym głosem grzebiąc w torbie w poszukiwaniu scyzoryka lub telefonu. Wiedzieli że policja przyjedzie najszybciej za dwadzieścia minut. Grałam na zwłokę. Wyciągnęłam scyzoryk i wycelowałam przed siebie. Popełniłam wielki błąd. Czułam jak świdrują mnie wzrokiem. Uświadomiłam sobie ,że śmierdzę strachem an kilometry. Trzęsłam się i było mi bardzo gorąco. Dostrzegli panikę w moich oczach.
- Kotek się boi. Ale my chcemy tylko się zabawić laleczko. Odłóż zabawkę bo się jeszcze pokaleczysz.
Naliczyłam ich sześciu. Za dużo. Dam rade tylko jednemu coś zrobić. Napastnicy chwiejnym powolnym krokiem zaczęli się dominie zbliżać. Byli pijani. Rozejrzałam się. Nagle mój wzrok zatrzymał się na starej zardzewiałej drabinie przeciwpożarowej prowadzącej do schodów awaryjnych. Bez namysłu rzuciłam się ku niej. Była dwa metry nade mną. Z rozbiegu złapałam się ostatniego szczebla. Z nie lada trudem podciągnęłam się. Dobrze że na ostatnim WF-ie ćwiczyłyśmy podciąganie tak to bym w ogóle nie dała rady. Napięłam mięśnie i podciągnęłam się o jeden szczebel. Gdy chciałam chwycić się kolejnego poczułam zaciskające się grube palce na mojej kostce. Ktoś pociągną mnie za nogę. Mimo mocnego ściskania szczebli. Ręce mi się ześlizgnęły i z głuchym plaskiem upadłam tyłkiem na beton. Wszystko mnie bolało po drodze i zgubiłam scyzoryk. Nie maiłam czasu go szukać. Zaczęłam czołgać się w stronę kąta. Bałam się. Po raz pierwszy w życiu wiedziałam że może to się skończyć bardzo źle. Moja intuicja podpowiadała mi że tylko cud mnie uratuje.
- Och myszka straciła ogonek a teraz szuka mysiej norki? Nigdzie nam nie uciekniesz. To nie będzie bolało chyba że będziesz stawiać opór. - wyszczerzył zęby.
Napastnicy otoczyli mnie. Chciałam krzyknąć ale z bólu wydałam tylko jęk. Gula strachu zatkała moją krtań. . Wysoki brunet zbliżył się do mnie i się nachylił , mocnym kopniakiem w klatkę piersiową odepchnęłam go, pijacy złapali mnie za kostki i nadgarstki. Zaczęłam wierzgać i krzyczeć. Nie mogłam nic zrobić , i zamknęłam oczy do których napływały mi łzy. Powoli liczyłam w głowie. Raz.. Ktoś rozpiął mi bluzę... Dwa...Słyszałam śmiechy. Gruba dłoń ścisnęła mnie w tali. Zaczęłam łkać nie mogłam się obronić nie potrafiłam. Trzy...Szarpałam się przez chwile, dzięki czemu pozostali przy rozpiętej bluzie. Gorąca łapa wsunęła mi się pod koszulkę.
Błagałam aby przestali.. po chwili, jakby szarpnięciem dłoń cofnęła się. Byłam zbyt przerażona aby otworzyć oczy. Liczyłam dalej. Cztery... Przeraźliwe krzyki i bełkoty zastąpiły pijański śmiech. Uściski na moich kostkach i nadgarstkach rozluźniły się. Usłyszałam tupot i kilka gardłowych dźwięków. Pięć.. Niepokojąca cisza.. wszystko umilkło. Usłyszałam tylko lekki oddech. Wilgoć pod moimi palcami zamieniła się w ciepłą ciecz, rozlewała się pod moimi plecami aż moja zdezelowana bluza nasiąkła. Leżałam w kałuży. Przerażająca cisza podsycała mój niepokój. Otworzyłam oczy i oparłam się na łokciach. Zanim moje oczy wyostrzyły obraz i przywykły do ciemności minęła dłuższa chwila. Byłam osłabiona. Ujrzałam leżące ciała w rozsypce. Specyficzny zapach. Nie wiedziałam z czym mógł mi się kojarzyć... Widok był przerażający. Obok mnie, niecały metr, leżał niski mężczyzna jego błękitne nieobecne oczy, jakby bez duszy zapatrzone były wemnie. Zrozumiałam czym jest ten zapach. Mieszanina odoru krwi, strachu, śmierci. Wszędzie stały kałuże świeżej krwi. Bandyci mieli rozszarpane gardła i ubrania. Powstrzymywałam odruchy wymiotne. Kilka kroków ode mnie stał mężczyzna. Nigdy go wcześniej nie widziałam. Wysoki blondyn o jasno błękitnych oczach w których odbijał się blask księżyca. Podszedł do mnie bliżej Dostrzegłam idealnie skrojony garnitur. W jego oczach wyraźnie widać było inteligencję. Wyciągnął w moją stronę dłoń i uśmiechną się. Ukazały się długie białe kły. Panika powoli mnie ogarniała. Czy on? Czy to jest? Nie wiedziałam o co tu chodzi. Przecież to wampir. Istota stworzona poprzez wyobraźnię.
- Odejdź ! - krzyknęłam i schyliłam się szybko po scyzoryk obok nogi.
- Spokojnie, uratowałem ci życie co nie?
- Odejdź powtarzam po raz ostatni.- Odparłam i wycelowała ostrze w stronę chłopaka. To i tak nic nie da. Zdałam sobie po chwili sprawę.
- Carmen spokoje wiem że jesteś przestraszona ale oni nie żyją wyluzuj
- Skąd ty?... - zamilkłam w głowie krążyła mi jedna myśl " bójmy się żywych bo martwi nam nic nie zrobią"- jesteś zbyt uprzejmy na normalnego człowieka.
- Ja nawet nie jestem człowiekiem!
- To czym - odparłam drżącym głosem.
- Nie domyśliłaś się jeszcze? Moja droga nazywam się Josh Smith jestem wampirem.
- Wwam..pirem? - moje obawy zamieniły się w prawdę.
- Tak. Jakiś problem? - zachował się teraz jak najprawdziwszy cham.
- Czego ode mnie chcesz?
- Pomyślałem ,że niezły z ciebie kąsek.. ale jesteś za młoda. Oj gdybyś wiedziała jak świeża kobieca krew na mnie działa... - oblizał wargi.
- Czemu to robisz? - łzy napływały mi do gardła.
Uśmiechną się.
- Pozwolisz że przejdę do sedna. To nie boli. Nie mogę sie powstrzymać...
- Mogłeś mnie już dawno zabić. Czemu nie zrobiłeś tego od razu. To brzmi jak dobry film akcji.
- Taka młoda. - rozmyślał - to nie będzie boleć.
- Jesteś okrutny!
- Jak już mówiłem taka natura.
- Proszę nie - odparłam ze łzami w oczach cofając się krok do tyłu.- Przede mną jeszcze całe życie!
- To nie będzie boleć , nie rozszarpie cie jak tamtych tylko zatopię kły w szyi.
- Cudowna śmierć o takie ja marzyłam... -odparłam z sarkazmem po czym lekko osunęłam się na ziemie. Wszystko mnie bolało...
- Jaka niezdarna. Mam deja vu. - powiedział po czym jak strzała złapał mnie tuż nad ziemią.
- Oszczędź mi bólu chyba coś złamałam... - rzekłam zamykając oczy. Nie nie mogłam się poddać! Jak zwykle mówiłam co innego niż myślałam...
Nachylił się nade mną i szepną mi do ucha.
- Nawet cie polubiłem, och taka szkoda. Ale pragnienie krwi jest we mnie większe gdy na ciebie patrzę - flirciarko zagadną.
-Tak każda kończy - wyjąkałam do jego ucha.
- Tak ale ty jako pierwsza poznałaś prawdę i tak w niebie nic na to nie poradzą - odszepną.
- Smacznego - odparłam a chłopakowi zaświeciły się oczy. Wszystko obróciłam w żart, zawsze tak robiłam gdy byłam zmęczona i zestresowana. Ale to było inne zmęczenie. Może to dobra chwila na śmierć. Spokój. Wszystkie problemy by zniknęły.. Ale pojawiłby się o wiele gorsze! Nie ,nie mogę tak zostawić przyjaciół rodziny, nie mogę tak wszystkiego zostawić!
Leżałam tak w jego obcięciach. Czułam się nieswojo przy takiej bliskości z młodzieńcem. Nachylił się, czułam jego ciepły oddech. Po ciele przeszedł mnie dreszcz.. już miał zatopić kły gdy nagle mu się wyszarpnęłam zamykając atmosferę. Zaczęłam się czołgać. Usłyszałam jego śmiech. Drwił zemnie. I tak nie ucieknę mu. Złapał za moją koszulkę i podciągną. Pękła w szwach ,poleciałam ku podłodze ale mnie złapał. Spojrzałam kątem oka na jego twarz. Przerażenie się malowało w jego oczach. Patrzał na moje plecy, nie na mój tatuaż... Położył mnie na chłodnej ziemi. Byłam cała oblepiona brudem i krwią.
- Cholera.... - wyszeptał po czym cofną się w cień. Widziałam jak jego rozmazana postać znika gdzieś wysoko w górze.
Wiedziałam że bycie wampirem daje jakieś nadnaturalne (przynajmniej dla mnie) zdolności. Doczołgałam się ledwo co do torby która leżała w jednej z kałuż i wyciągnęłam telefon by sprawdzić godzinę. 18.09 i dwa esemesy. Jeden od Leny a drugi od Deywida z pytaniem gdzie jestem. Nie mogłam powiedzieć że napadli mnie bo by obrazu wezwała policje. Musze iść do ludzi.. Na pewno mnie opatrzą.. Zadzwonią po karetkę. Zdarte kolana i łokcie dały mi znać że dalej nie dam rady się poruszać. Położyłam się. Leżałam tak ogarnięta myślami i zimnem. Czemu mnie nie zabił? Czy wiedział co oznacza mój tatuaż? Mdliło mnie coraz bardziej. Spróbowałam się czołgać ale nawet nie byłam w stanie. Miałam wrażenie jakbym już odlatywała...
Pojawiły się mi mroczki przed oczami ale nie straciłam przytomności. Silne ramiona owinęły się wokół moich nóg i tali. Ktoś mnie podniósł. Spojrzałam na osobę ,która mnie niosła. Josh spojrzał mi w oczy i się uśmiechną ze smutkiem. Czułam jego perfumy. Męskie z charakterem ale nie za mocne i lekko pociągające. Wtuliłam się w jego szyje i poczułam jak napina mięśnie. Jasność umysłu powoli mi wygasała. Powoli odlatywałam.. Nie mogę. Musze wiedzieć co zemną zrobi, chce wiedzieć gdzie mnie zaniesie. Niósł mnie przez chwile. Po jakimś czasie który wydawał się i niesamowicie długi znaleźliśmy się na głównej ulicy. Nikogo nie było. Niebo poczerwieniało na zachodzie,a na wschodzie bowiem księżyc był w jednej czwartej podróży po amerykańskim niebie .Chłopak położył mnie tuż przed drzwiami do Starbucksa i ucałował w czoło.
- Zaraz ktoś się tobą zajmie, aniele. - odparł i położył mi pod głowę torbę którą cały czas miał przewieszoną przez ramie. Nie miałam siły odpowiedzieć więc tylko uniosłam lekko kąciki ust. Po chwili wampira już nie było. Traciłam przytomność , zamknęłam oczy i usłyszałam odległe głosy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)