Dzwon kościoła Santa Maria właśnie wybijał dwunastą. Rozpoczęła się arytmetyka. Dziewczyny tłoczyły się pośród ławek.
- Cisza! Dziewczęta na miejsca! - po sali rozniósł się tubalny głos pani Sempare. Gwar ucichł. Szuranie krzeseł rozbrzmiało po sali. Zajęłam miejsce obok swojej przyjaciółki. Rachel uczesana była w dwa dobierane warkocze. Płócienna sukienka idealnie opinała się na jej drobnej figurze. Poznałyśmy się w pierwszej klasie podczas rozpoczęcia nauki w sierocińcu. Dziewczyna obdarzyła mnie swoim promiennym uśmiechem. Rozluźniłam mięśnie i usiadłam wygodnie w ławce. Nie przepadałam zbytnio za matematyką, lecz byłam pewna ,że po ostatniej eskapadzie do odpowiedzi dzisiaj trafi na kogoś innego. Przynajmniej miałam taką nadzieje. Nauczycielka powoli zapisywała przykłady na tablicy. Pierwiastki, minusy, plusy... O nie.. Liczby nie wymierne! Tylko nie to... Zamarłam może ze strachu, może ze stresu. Po plecach przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz. Napięłam mięśnie i wstrzymałam oddech.
- Do pierwszego przykładu podejdzie... - wzrok kobiety prześlizgną się po uczennicach - Ann, może ty? - odparła spojrzawszy na mnie.
Wypuściłam powietrze. Moje oczekiwania minęły się z celem. Poczułam skurcz w żołądku.
Spokojnie, dasz rade. To tylko nie groźny przykład matematyczny.
Myśli krążyły po mojej głowie. Odsunęłam krzesło. Rachel posłała mi współczujące spojrzenie. Oczy rówieśniczek ciekawie mi się przyglądały, samotnie przechadzającej się ofierze mordu edukacyjnego. Fala gorąca doprowadziła , mnie do potu. Drżącą ręką odebrałam kredę. Zagubionym spojrzeniem przyglądałam się zapisanemu działaniu.
- Mamy czekać aż nastanie nowy dzień, Ann? - zadała pytanie spokojnym głosem pani Sempare. Po klasie przebiegł cichy szmer, śmiech.
Ta pustka... czemu jak zwykle nic nie pamiętam?!
Zaczęłam kreślić cyfry. Kreda nieprzyjemna skrzypiała pod naciskiem. Zaciekawił mnie fakt iż w klasie zapanowała cisza. Zerknęłam na nauczycielkę... ona... nie poruszała się. Wzrok utkwiony miała w jakiś punkt na końcu sali. Nie mrugała, nie oddychała, nawet nie drgała. Tak jakby była zamrożona. Obróciłam głowę, wszystkie dziewczyny wyglądały identycznie. Te nieobecne spojrzenie... ich oczy wydawały się mroczne. Przemierzyłam salę. Wyjrzawszy przez okno dostrzegłam coś niecodziennego... Zamurowało mnie. Tuż przy szybie znajdowała się mewa, tak jakby próbująca wystartować. Wisząca z rozpostartymi skrzydłami. Jej dzikie oczy świdrowały mnie na wylot. Odsunęłam się z skwaszoną miną. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Rachel... Jej oczy, jakby spłoszone wpatrywały się w nicość. Po cichu podeszłym do naszej ławki, ująwszy dłoń przyjaciółki nie byłam zbytnio zadowolona z faktu iż jest przerażająco zimna. Pomachałam jej zeszytem przed oczami. Nic, żadnej reakcji. Klepnęłam delikatnie w policzek. Brak jakichkolwiek zmian... Zmusiło mnie to do obserwacji innych koleżanek. Te same nieobecne spojrzenia... Blade jak porcelana twarze.. Przeszłam na tyły sali by ocenić swoją sytuację. Po krótkim namyśle oparłam się o ścianę. Zaskoczył mnie fakt gdy usunęła się z pod moich pleców... Obejrzałam się za siebie. Zamiast ściany znajdował się tu długi mroczny korytarz... Pełnił funkcję przedłużenia sali lekcyjnej... Zostawiając za sobą klasę postawiłam nogę na czarnej płytce, jednej z wielu które tworzyły coś na kształt szachownicy. Drugą nogę postawiłam na białej kafelce.. Lecz ta od razu po kontakcie z moją stopą pokruszyła się na miliony kawałeczków..
- Uciekaj! - pisnął ledwo słyszalny głos za moimi plecami. Obróciwszy się gwałtownie przywaliłam sobie włosami w twarz. Od pokoju oddzielała mnie jedynie cienka warstwa szkła. Przyłożyłam do szyby dłoń. Szkło zafalowało... Po chwili pękło sypiąc się niczym piasek. Ukazała się przede mną przytłaczająca jak i tajemnicza otchłań. Bez zastanowienia uniosłam spódnice do góry. Skacząc z stopnia na stopień coraz bardziej wpadałam w rytm. Korytarz za mną zaczął się sypać. Ściany i podłoga zapadały się zostawiając po sobie pustkę. Na końcu tunelu dostrzegłam świecący punkt. Miałam wrażenie ,że z każdym moim krokiem światło się oddala. Powoli zaczęło mi brakować tchu. Coraz częściej przystawałam na stopniach. W pewnym momencie miałam uczucie jakby spod mych stóp rozpadało się podłoże. Nie wiem ile mogło upłynąć czasu kiedy dobiegłam do końca korytarza. Bez wahania wyskoczyłam przez okno , które zamknęło się z głośnym trzaskiem i rozpłynęło w powietrzu...
Był to czyn nie ostrożny i raczej mało kto by go pochwalał. Wiatr nieubłaganie mocno szarpał moimi włosami. Sukienka trzepotała na porywach bryzy. Odnosiłam wrażenie iż spadam i zarazem wisze w powietrzu. Do okoła mnie rozciągały się bezkresy oceanu. Złote, piękne , zachodzące słońce pokolorowało swoimi promieniami cały otaczający mnie teren. Wszystkie odcienie czerwieni, purpury i złota zdobiły niebo i taflę wody. Rozpostarłam ręce, zamknęłam oczy i dałam się ponieść sile natury. Mimo zbliżającego się niebezpieczeństwa czułam jak powoli każdą cząsteczkę mojego ciała ogarnia spokój... Czas ciągną się nieubłaganie. Kompletnie zapomniałam jaki dzisiaj dzień, rok, miesiąc... Która godzina... Nawet nie mogłam sobie przypomnieć własnego imienia.... Nie pamiętam do końca zderzenia z wodą. Wiem jedno. Ból od uderzenia znikł tak samo szybko jak i się pojawił. Gwałtownie otworzyłam oczy. Światło przebijało się przez taflę rozszczepiając na miliony barw. Nigdy nie widziałam czegoś tak nie wiarygodnego jak i pięknego. Wynurzyłam głowę z wody i zaczerpnęłam haust powietrza. Woda była lodowata, trzęsąc się cała z zimna brodziłam rękoma i nogami aby utrzymać się na powierzchni. Głęboki wdech. Zanurkowałam. Odpychałam się od wody i coraz głębiej zanurzałam. Nie przejmowałam się coraz ciemniejszą okolicą. Otchłań oceanu wzywała mnie... Mroczna i korcąca by ją zbadać.... Dno wydawało się być w zasięgu ręki. Napływającą woda do płuc stała się coraz bardziej uciążliwa. Wokół mnie szalała burza bąbelków wydobywających się z moich ust... Nie panikowałam mimo że mój organizm tracił powoli swoją żywotność.
Wydobyłam z siebie przerażający pisk.. Miejsce w ,którym się znajdowałam było mi absolutnie obce. Unosiłam się w jakiejś nieznanej mi przestrzeni. Wymachiwałam rękoma i nogami. Moje oczy powoli przystosowywały się do otaczającej mnie scenerii. Powoli rozpoznawałam gdzie się znajduje. Kiedyś pani od fizyki mi o tym wspominała. A więc tak wygląda kosmos... Miliony świecących odległych punktów - gwiazdy. Dalekie kule o różnych barwach - planety. Błyszczące pasy punktów układające się w spiralę - galaktyki... I to wszystko tak blisko mnie. Stan nieważkości w którym się znajdowała powoli doprowadzał mnie do szału. Kompletnie nie mogłam się odnaleźć. Nademną gwiazdy, podemną także... Eh... Ile już tak szybowałam? Jakim cudem ja oddycham? Czy przypadkiem w kosmosie nie ma tlenu..? W mojej głowie powstawało coraz więcej pytań... Spróbowałam zaczerpnąć powietrza. Nic. Może nie było mi ono potrzebne? Spróbowałam jeszcze raz. Brak rezultatów..skrzyżowałam ręce na piersi i dałam ponieść się grawitacji, a raczej jej braku.
Szybowałam już tak od dłuższego czasu... Powieki zaczęły mi się słodko kleić do snu. Uznałam że chwila drzemki to nie koniec świata.
- Ann? Wszystko okej? - głos nauczycielki wyrwał mnie z otępienia.
Przymróżyłam oczy i wypuściła powietrze z płuc. Przyjrzałam się tablicy... Wszystkie przykłady... Rozpisane były co do cyfry. Idealnie pod względem kaligraficznym i matematycznym.
- Ann?
- Tak... Chyba tak... - odparłam. Spojrzałam na swoje dłonie. Były całe oblepione białym pyłem. Strzepnełam kredę i usiadłam na swoim miejscu. Rachel coś do mnie nadawała, nie wsłuchiwałam się. Zmyślona spoglądałam na kartkę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz