poniedziałek, 11 stycznia 2016

Mury


Uliczka

     Maszerowałam przez parę dobrych minut. Nie byłam z siebie dumna... Okłamanie mamy to naprawdę podły czyn. Lecz co można zrobić nie mając innego wyjścia? Starałam się odepchnąć tę myśli i skupić się na drodze. Gęsta jak mleko, chłodna, nieprzejrzysta mgła pochłonęła moje nogi, a po chwili mnie całą. Czasu miałam coraz mniej. Przyśpieszyłam kroku. Skręciłam między budynkami do ciasnej uliczki. Mój telefon zabrzęczał cicho. Wyciągnęłam go ze spodni i przesunęłam palcem po ekranie.

- Halo?- zapytałam.

- Jesteś już? - usłyszałam głos przyjaciółki.

- Idę, będę za jakąś chwilę a co?

- Sprawdzam czy żyjesz. I pamiętaj o raportach. Jeżeli nie dostanę załóżmy w przeciągu pół godziny sms-a dzwonie na policje. OK?

- Tak jest kapitanie.

- Carmen ja naprawdę się boje a co jeżeli ktoś cie napadnie po drodze ,a właśnie omijaj szerokim łukiem te uliczki przy szóstej alei- zniżyła głos do szeptu -podobno często dochodzi tam do zbrodni...

- Zbrodni? - przełknęłam ślinę

- Jezu ,nie - rozczarowanie w głosie było bardzo słyszalne - właśnie tędy idziesz, prawda?
- No tak - po chwili wypaliłam - ale bym nie zdążyła ,a zawsze lubię być na czas.
- Kazałabym ci zawrócić , ale żyjemy w wolnym świecie. Nie mogę ci rozkazywać a znając ciebie gdybym poprosiła to i tak byś mnie nie usłuchała. - Po dłuższym milczeniu dodała -Masz coś do obrony?
- Swój cięty język.
- To jakiś sposób obrony. I... tak nie narobisz wielu szkód.  Ale wrazie czego kop. Ostrożnie kochanie.
- Jasne. Odmeldowuję się.
- Spocznij. Bez odbioru - usłyszałam cichy śmiech ,a potem Lena się rozłączyła.
Poprawiłam kaptur i naciągnęłam rękawy. Mój strój był prosty i nie wyróżniający się. Bordowe Vansy czarne, rurki ,granatowa bluza. Jedynym problemem były moje włosy. Fioletowo pastelowe, przedłużane po bokach,z grzywką teraz oklapłą i wilgotną. Na szyi miałam swój ulubiony chooker, cały czarny. Zeszłam z głównej ulicy i skierowałam się między domy. Odór szczyn i zgnilizny sprowokował mnie do zasłonięcia ust. Maszerowałam w skupieniu. Powoli układałam myśli w głowie. A co jeżeli mama się o wszystkim dowie? ?Może powinnam wrócić.. Poczucie winy pogarszało mi nastrój. Ze swoimi myślami powędrowałam daleko. Niespodziewanie wyrosła przede mną ściana.
- No super - mruknęłam pod nosem. Co ja teraz zrobię. Mmmm... nie mówcie że się zgubiłam. Teraz to na pewno się spóźnię....Obróciłam się na pięcie. Serce zabiło mi mocniej. Nie ,błagam tylko nie to. Normalnie paraliż strachem. Moje wszystkie mięśnie się napięły. Kilka kroków przede mną stał napakowany dresiarz. Mniej więcej miał metr osiemdziesiąt wzrostu. Na jego łysej głowie lśniły krople potu. Uśmiechnął się pokazując kilka złotych zębów. Iskra chłodu strzeliła na mych plecach, zaczęłam się wycofywać , poczułam za plecami wilgotną cegłę. Byłam w pułapce. Nagle zza pleców ów dresiarza wyłoniło się kilku innych ,jeden miał w ręce nóż a dwóch butelki z piwem. Bałam się. Panika zamrażała każdy korzeń mych nerwów. Oddech mi przyśpieszył.
- Kogo my tu mamy? - odrzekł barczysty mężczyzna niskim głosem.
- Myszka się zgubiła? Hm... może ci jakoś pomóc? - powiedział jego towarzysz postępując przy tym kilka kroków do przodu.
- Nie zbliżajcie się bo zadzwonię na policje - odparłam drżącym głosem grzebiąc w torbie w poszukiwaniu scyzoryka lub telefonu. Wiedzieli że policja przyjedzie najszybciej za dwadzieścia minut. Grałam na zwłokę. Wyciągnęłam scyzoryk i wycelowałam przed siebie. Popełniłam wielki błąd. Czułam jak świdrują mnie wzrokiem. Uświadomiłam sobie ,że śmierdzę strachem an kilometry. Trzęsłam się i było mi bardzo gorąco. Dostrzegli panikę w moich oczach.
- Kotek się boi. Ale my chcemy tylko się zabawić laleczko. Odłóż zabawkę bo się jeszcze pokaleczysz.
Naliczyłam ich sześciu. Za dużo. Dam rade tylko jednemu coś zrobić. Napastnicy chwiejnym powolnym krokiem zaczęli się dominie zbliżać. Byli pijani. Rozejrzałam się. Nagle mój wzrok zatrzymał się na starej zardzewiałej drabinie przeciwpożarowej prowadzącej do schodów awaryjnych. Bez namysłu rzuciłam się ku niej. Była dwa metry nade mną. Z rozbiegu złapałam się ostatniego szczebla. Z nie lada trudem podciągnęłam się. Dobrze że na ostatnim WF-ie ćwiczyłyśmy podciąganie tak to bym w ogóle nie dała rady. Napięłam mięśnie i podciągnęłam się o jeden szczebel. Gdy chciałam chwycić się kolejnego poczułam zaciskające się grube palce na mojej kostce. Ktoś pociągną mnie za nogę. Mimo mocnego ściskania szczebli. Ręce mi się ześlizgnęły i z głuchym plaskiem upadłam tyłkiem na beton. Wszystko mnie bolało po drodze i zgubiłam scyzoryk. Nie maiłam czasu go szukać. Zaczęłam czołgać się w stronę kąta. Bałam się. Po raz pierwszy w życiu wiedziałam że może to się skończyć bardzo źle. Moja intuicja podpowiadała mi że tylko cud mnie uratuje.
- Och myszka straciła ogonek a teraz szuka mysiej norki? Nigdzie nam nie uciekniesz. To nie będzie bolało chyba że będziesz stawiać opór. - wyszczerzył zęby.
    Napastnicy otoczyli mnie. Chciałam krzyknąć ale z bólu wydałam tylko jęk. Gula strachu zatkała moją krtań. . Wysoki brunet zbliżył się do mnie i się nachylił , mocnym kopniakiem w klatkę piersiową odepchnęłam go, pijacy złapali mnie za kostki i nadgarstki. Zaczęłam wierzgać i krzyczeć. Nie mogłam nic zrobić , i zamknęłam oczy do których napływały mi łzy. Powoli liczyłam w głowie. Raz.. Ktoś rozpiął mi bluzę... Dwa...Słyszałam śmiechy. Gruba dłoń ścisnęła mnie w tali. Zaczęłam łkać nie mogłam się obronić nie potrafiłam. Trzy...Szarpałam się przez chwile, dzięki czemu pozostali przy rozpiętej bluzie. Gorąca łapa wsunęła mi się pod koszulkę.
     Błagałam aby przestali.. po chwili, jakby szarpnięciem dłoń cofnęła się. Byłam zbyt przerażona aby otworzyć oczy. Liczyłam dalej. Cztery... Przeraźliwe krzyki i bełkoty zastąpiły pijański śmiech. Uściski na moich kostkach i nadgarstkach rozluźniły się. Usłyszałam tupot i kilka gardłowych dźwięków. Pięć.. Niepokojąca cisza.. wszystko umilkło. Usłyszałam tylko lekki oddech. Wilgoć pod moimi palcami zamieniła się w ciepłą ciecz, rozlewała się pod moimi plecami aż moja zdezelowana bluza nasiąkła. Leżałam w kałuży. Przerażająca cisza podsycała mój niepokój. Otworzyłam oczy i oparłam się na łokciach. Zanim moje oczy wyostrzyły obraz i przywykły do ciemności minęła dłuższa chwila. Byłam osłabiona. Ujrzałam leżące ciała w rozsypce. Specyficzny zapach. Nie wiedziałam z czym mógł mi się kojarzyć... Widok był przerażający. Obok mnie, niecały metr, leżał niski mężczyzna jego błękitne nieobecne oczy, jakby bez duszy zapatrzone były wemnie. Zrozumiałam czym jest ten zapach. Mieszanina odoru krwi, strachu, śmierci. Wszędzie stały kałuże świeżej krwi. Bandyci mieli rozszarpane gardła i ubrania. Powstrzymywałam odruchy wymiotne. Kilka kroków ode mnie stał mężczyzna. Nigdy go wcześniej nie widziałam. Wysoki blondyn o jasno błękitnych oczach w których odbijał się blask księżyca. Podszedł do mnie bliżej Dostrzegłam idealnie skrojony garnitur. W jego oczach wyraźnie widać było inteligencję. Wyciągnął w moją stronę dłoń i uśmiechną się. Ukazały się długie białe kły. Panika powoli mnie ogarniała. Czy on? Czy to jest? Nie wiedziałam o co tu chodzi. Przecież to wampir. Istota stworzona poprzez wyobraźnię.
- Odejdź ! - krzyknęłam i schyliłam się szybko po scyzoryk obok nogi.
- Spokojnie, uratowałem ci życie co nie?
- Odejdź powtarzam po raz ostatni.- Odparłam i wycelowała ostrze w stronę chłopaka. To i tak nic nie da. Zdałam sobie po chwili sprawę.
- Carmen spokoje wiem że jesteś przestraszona ale oni nie żyją wyluzuj
- Skąd ty?... - zamilkłam w głowie krążyła mi jedna myśl " bójmy się żywych bo martwi nam nic nie zrobią"- jesteś zbyt uprzejmy na normalnego człowieka.
- Ja nawet nie jestem człowiekiem!
- To czym - odparłam drżącym głosem.
- Nie domyśliłaś się jeszcze? Moja droga nazywam się Josh Smith jestem wampirem.
- Wwam..pirem? - moje obawy zamieniły się w prawdę.
- Tak. Jakiś problem? - zachował się teraz jak najprawdziwszy cham.
- Czego ode mnie chcesz?
- Pomyślałem ,że niezły z ciebie kąsek.. ale jesteś za młoda. Oj gdybyś wiedziała jak świeża kobieca krew na mnie działa... - oblizał wargi.
- Czemu to robisz? - łzy napływały mi do gardła.
Uśmiechną się.
- Pozwolisz że przejdę do sedna. To nie boli. Nie mogę sie powstrzymać...
- Mogłeś mnie już dawno zabić. Czemu nie zrobiłeś tego od razu. To brzmi jak dobry film akcji.
- Taka młoda. - rozmyślał - to nie będzie boleć.
- Jesteś okrutny!
- Jak już mówiłem taka natura.
- Proszę nie - odparłam ze łzami w oczach cofając się krok do tyłu.- Przede mną jeszcze całe życie!
- To nie będzie boleć , nie rozszarpie cie jak tamtych tylko zatopię kły w szyi.
- Cudowna śmierć o takie ja marzyłam... -odparłam z sarkazmem po czym lekko osunęłam się na ziemie. Wszystko mnie bolało...
- Jaka niezdarna. Mam deja vu. - powiedział po czym jak strzała złapał mnie tuż nad ziemią.
- Oszczędź mi bólu chyba coś złamałam... - rzekłam zamykając oczy. Nie nie mogłam się poddać! Jak zwykle mówiłam co innego niż myślałam...
Nachylił się nade mną i szepną mi do ucha.
- Nawet cie polubiłem, och taka szkoda. Ale pragnienie krwi jest we mnie większe gdy na ciebie patrzę - flirciarko zagadną.
-Tak każda kończy - wyjąkałam do jego ucha.
- Tak ale ty jako pierwsza poznałaś prawdę i tak w niebie nic na to nie poradzą - odszepną.
- Smacznego - odparłam a chłopakowi zaświeciły się oczy. Wszystko obróciłam w żart, zawsze tak robiłam gdy byłam zmęczona i zestresowana. Ale to było inne zmęczenie. Może to dobra chwila na śmierć. Spokój. Wszystkie problemy by zniknęły.. Ale pojawiłby się o wiele gorsze! Nie ,nie mogę tak zostawić przyjaciół rodziny, nie mogę tak wszystkiego zostawić!
Leżałam tak w jego obcięciach. Czułam się nieswojo przy takiej bliskości z młodzieńcem. Nachylił się, czułam jego ciepły oddech. Po ciele przeszedł mnie dreszcz.. już miał zatopić kły gdy nagle mu się wyszarpnęłam zamykając atmosferę. Zaczęłam się czołgać. Usłyszałam jego śmiech. Drwił zemnie. I tak nie ucieknę mu. Złapał za moją koszulkę i podciągną. Pękła w szwach ,poleciałam ku podłodze ale mnie złapał. Spojrzałam kątem oka na jego twarz. Przerażenie się malowało w jego oczach. Patrzał na moje plecy, nie na mój tatuaż... Położył mnie na chłodnej ziemi. Byłam cała oblepiona brudem i krwią.
- Cholera.... - wyszeptał po czym cofną się w cień. Widziałam jak jego rozmazana postać znika gdzieś wysoko w górze.
Wiedziałam że bycie wampirem daje jakieś nadnaturalne (przynajmniej dla mnie) zdolności. Doczołgałam się ledwo co do torby która leżała w jednej z kałuż i wyciągnęłam telefon by sprawdzić godzinę. 18.09 i dwa esemesy. Jeden od Leny a drugi od Deywida z pytaniem gdzie jestem. Nie mogłam powiedzieć że napadli mnie bo by obrazu wezwała policje. Musze iść do ludzi.. Na pewno mnie opatrzą.. Zadzwonią po karetkę. Zdarte kolana i łokcie dały mi znać że dalej nie dam rady się poruszać. Położyłam się. Leżałam tak ogarnięta myślami i zimnem. Czemu mnie nie zabił? Czy wiedział co oznacza mój tatuaż? Mdliło mnie coraz bardziej. Spróbowałam się czołgać ale nawet nie byłam w stanie. Miałam wrażenie jakbym już odlatywała...
Pojawiły się mi mroczki przed oczami ale nie straciłam przytomności. Silne ramiona owinęły się wokół moich nóg i tali. Ktoś mnie podniósł. Spojrzałam na osobę ,która mnie niosła. Josh spojrzał mi w oczy i się uśmiechną ze smutkiem. Czułam jego perfumy. Męskie z charakterem ale nie za mocne i lekko pociągające. Wtuliłam się w jego szyje i poczułam jak napina mięśnie. Jasność umysłu powoli mi wygasała. Powoli odlatywałam.. Nie mogę. Musze wiedzieć co zemną zrobi, chce wiedzieć gdzie mnie zaniesie. Niósł mnie przez chwile. Po jakimś czasie który wydawał się i niesamowicie długi znaleźliśmy się na głównej ulicy. Nikogo nie było. Niebo poczerwieniało na zachodzie,a na wschodzie bowiem księżyc był w jednej czwartej podróży po amerykańskim niebie .Chłopak położył mnie tuż przed drzwiami do Starbucksa i ucałował w czoło.
- Zaraz ktoś się tobą zajmie, aniele. - odparł i położył mi pod głowę torbę którą cały czas miał przewieszoną przez ramie. Nie miałam siły odpowiedzieć więc tylko uniosłam lekko kąciki ust. Po chwili wampira już nie było. Traciłam przytomność , zamknęłam oczy i usłyszałam odległe głosy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz