wtorek, 2 maja 2017

Prolog

     Moje kroki szeleściły na liściach niczym tysiące gnieconych gazet. Szłam w milczeniu po brukowanym chodniku. Mgła spowijała miasto jak smutne, ponure zalkęcie niewolące je od stuleci. Raz po raz przez mleczną zasłonę można było dostrzec zarysy postaci, które zostawiały po sobie jedynie przelotne szepty. Powietrze było rześkie i zimne niczym lodowaty oddech. Mijałam powoli kolejne domy, aż zatrzymałam się przy małej parceli. Kamienica sprawiała nieciekawe wraźenie, wypłowiała farba, odpadający miejscami tynk. W powietrzy samotnie wirowały jaskrawe liście. Po ciasnych schodach dostałam się na trzecie piętro. Wygrzebałam klucze z dna torebki. Z mieszkania buchnął podmuch gorąca, a korytarz spowijał mrok. Zatrzasnełam drzwi i momentalnie otworzyłam okna w salonie na oścież, zaduch który tu panował był nie do wytrzymania. Wyczerpana padłam na kanapę, tak jak w zwyczaju miałam to odrazu po powrocie. Z wnętrza rozbrzmiało ciche miauknięcie, mój kot z tupotem wbiegł do pokoju i wskoczył na oparcie. Wyciągną się i pomrugał zaspanymi jeszcze powiekami. Było to moje jedyne towarzystwo od dłuższego czasu. Cicho westchnełam i zrzuciłam pantofle na podłogę. Było piątkowe popołódnie, a ja ledwo co byłam w stanie myśleć. Miałam skromne mieszkanie idealnie pasujące do mojej ubogiej pensji, praca w cukierni to nie do końca ambitny zawód. Każdego ranka wybiegałam w pośpiechu z domu gdy miasto jeszcze spało, otwierałam piekarnię, przyjmowałam dostawy. Czasami w zamyśleniu wyobrażałam sobie swoją wymarzoną przyszłość,jak wraz z innymi młodymi projektantami dostaję ofertę współpracy z Coco Chanel. Było to błache marzenie, które całkowicie kontrastowało z moim obecnym życiem. Ospale wyciągnełam ręce i udałam się do swojej sypialni, nie mam co rozmyślać nad małoprawdopodobnymi rzeczami, wyjazd z Rumunii jest prawieże niemożliwy. Podeszłam do małej biblioteczki w rogu pokoju i sięgnełam po pierwszy lepszy tom, który czytałam poraz kolejny jak dziesiątki innych znajdujących się w tym domu. Zatopiłam się w tumanach poduszek i oddałam się lekturze. Historia opowiadała o młodym mężczyźnie, który skrywał swoją nieodwzajemnioną miłość przed światłem dziennym by pod koniec podczas wesela ukochanej w bólu i cierpieniu popełnić samobójstwo. Mimo znanej treści odnosiłam wrażenie jakbym pierwszy raz czytała daną powieść i na nowo przeżywałam ją z tym samym przejęciem.
     
***

     Ostatnie promienie słońca przedostawały się z pod lini horyzontu. Rozszczepiały się i tworzyły podniebne widowisko różnorodnych barw. Przyglądając się temu zachodowi byłam naprawdę zachwycona. Powieki zaczeły mi ciążyć i nim się zorientowałam zmożył mnie słodki sen.    Słońce grzało niemiłosiernie, od czasu do czasu lekkie podmuchy wiatru dawały ulgę w ten upalny dzień. Był środek przyjęcia a jedyną osobą z którą zamieniłam kilka zdań była moja   ciotka. Wysoka kobieta o jasnej delikatnej cerze, smukłej sylwetce i długich kasztanowych włosach. Od małego spędzałam z nią sporo czasu, podziwiałam jej urodę, jej szmaragdowe oczy uchodziły za najpiękniejsze w Deviańskim towarzystwie. Niestety jako gospodyni imprezy była najbardziej oblegana przez gości. Nieznałam tu nikogo, eleganccy mężczyźni i dostojne damy apsorbowali swoje towrzystwo niezwracając na mnie uwagi. Siedziałam w ciszy na wyklinowym fotelu i drobnymi łyczkami sączyłam szampana, obserwowałam pięknie kwitnący ogród i tumany gości. Wyłapywałam przeróżne ploteczki i polityczne nowości z rozmów.

- Lariso! Lariso, kochanie podejdź tu na chwilkę! - Melodyjny głos rozbrzmiał podnad gwarem, momentalnie się obróciłam, ciocia gestem ręki dała mi znać abym podeszła. 
     Tego dnia prosta ołówkowa spódnica i elegncka biała koszula idealnie podkreślała jej figure. Rękę kokieteryjnie miała opartą na biodrze, zaś na plecach zarzucone niedbale futro. Pośpiesznie podniosłam się z siedzenia i rozprostowałam rękoma sukienkę. Kobieta przywitała mnie buziakiem w policzek.
- Wołałaś mnie? - odparłam zdziwiona.- Chciałam ci kogoś przedstawić.. pomyślałam sobie że nie możesz być wiecznie sama.. i trzeba ci kogoś w końcu znaleźć! - na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech.  - Moja droga poznaj Dominica Tudora.
 - Ciociu! - irytacja w moim głosie była namacalna - ile razy ci powtarzałam abyś nie ingerowała w moje... - oniemiałam, moja reakcja była nieco przesadzona ale momentalne przestałam mówić, moje policzki oblał gorący rumieniec. Otóż nim zdążyłam się zorientować, niesamowicie przystojny młody mężczyzna złożył delikatny pocałunek na mojej dłoni. Automatycznie cofnełam rękę i schowałam za plecami.
- Dominicu to jest moja bratanica, Larisa Cristea mam przeogromną nadzieję że miło spędzicie ze sobą czas ,a teraz pozwólcie że dołaczę do reszty gości - odparła gospodyni po czym znikneła w tłumie pozostawiając po sobie jedynie szelmowski uśmiech.
- Ale.. - rzekłam zakłopotana. Panicz Tudor cały czas przyglądał mi się z nieskrytą ciekawością. - Jestem Larisa Cristea. - Wypaliłam po dłuższej niezręcznej ciszy.
- Wiem - młodzieniec lekko się uśmiechnął i przeczesał włosy - przejdziemy się?
- T-tak... - wyjąkałam.
     Opóściliśmy patio i skręciliśmy w ozdobną część ogrodu, brzęczenie bąków i pszczół wydobywało się z kielichów kwiatów. Szliśmy wolnym krokiem i podziwialiśmy cuda natury. Wąską ścieżką dotarliśmy do ozdobnej altanki. Bez konsultacji skierowaliśmy się w jej stronę. Usiadłam na drewnianej ławie i napawałam się cieniem jaki dała mi konstrukcja. Dominic przysiadł się obok mnie w zbyt małej odległości, najwidoczniej nie zdwał sobię sprawy z tego jak bardzo napiełam swoje ciało. W spokoju obserwował bawiące się w powietrzu motyle. Dało mi to możliwość przyjrzenia się mu. Uosabiały go cechy jeszcze młodzieńcze ale mocno zarysowana szcęka dawała znać ,że wkracza w dorosłość. Włosy miał dłuższe niż u większości mężczyzn, w kasztanowych falach prześwitywały rudawe pasma. Ich niechlujne ułożenie wyglądało wręcz perfekcyjnie, niesforne kosmyki wciąż zakładał za ucho. Miał bladą cerę i krzaczaste brwi co wyglądało lekko groteskowo ale uroczo. Bystre spojrzenie piwnych oczu momentalnie skierował w moja stronę, zdał sobie sprawę ,że go obserwuję.
- Przyglądasz mi się - wypowiedział łagodnie.
- Ja.. przepraszam poprostu się zamyśliłam i.. - spuściłam głowę na dół.
- Rozumiem, tak piękne oczy jak twoje są ciekawe świata,  muszą badać. - Szeroki uśmiech rozpromienił jego twarz.
Momentalnie spojrzałam w jego stronę i nerwowo uniosłam kąciki ust.
    Płyneły godziny rozmów, a pojedyńcze słowa zmieniały się w frazy, krótkie zdania aż w końcu z dłuższych wypowiedzi powstała szczera pogawędka. Wymienialiśmy własne poglądy i co jakiś czas wybuchaliśmy śmiechem, kurtyna nieśmiałości opadła. Dowiedziłam się wiele o jego życiu, był poetą amatorem co chwilę z nienaganną frywalnośćą konstruował coraz ciekawsze pojęcia. Opowiadał o swojej przeszłości i marzeniach. Odniosłam wrażenię iż w jedno popołudnie staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi. Zszokowała mnie informacja gdy dowiedziałam się ile ma lat, niedługo miała minąć jego dwudziestatrzecia wiosna. Mimo czteroletniej różnicy wieku nasze spojrzenie na świat było tak samo świeże i modernistyczne.
-...kojarzysz może Autora Nieznanego? - padło pytanie z jego ust.
- Tak, obiła mi się o uszy jego twórczość, jest niezwykle cenionym pisarzem w ostatnich latach. A czemu pytasz?
- Czysta ciekawość, bardzo go szanuje, to mój ulubiony autor.. - odparł beznamiętnie spoglądając gdzieś w dal.
- Coś cie martwi? - spojrzałam na niego, w jego oczach pojawił się głęboki smutek. - Czegoś się obawiasz?
- Sam nie wiem - poprawił się i odchrząkną - czasami.. nie wiem jak to ująć, może to strach lub lęk przed rozczrowaniem. Od kiedy pamiętam uwielbiam tworzyć, inspirowałem się wszystkim co mnie otaczało, pisałem prosto z serca ale nie zawsze to doceniano. Z czasem zauważyłem że coraz mniej ludzi interesuje prawdziwą poezją, najchętniej czytaliby poniżające satyry, tanie romansidła i teksty w których wszystko jest podane na tacy. Moim największym marzeniem jest napisać coś takiego co po przeczytaniu zostanie w sercu. Powieść która odmieni rozumowanie innych, w każdym mieście w każdym kraju będzie o niej głośno. Ale do tego nie potrzeba talentu, do tego jest potrzebna wiedza. Cóż za pożytek z młodego marzyciela który śni o najdalszych podróżach, który nic nie wie, nic nie przeżył, nic nie osiągnął...
- Tego się właśnie boisz, boisz się zapomnienia prawda?
- To jest nie uniknione, ważne jet dlamnie w jaki sposób ludzie o mnie zapomną...
    Zapadła głęboka cisza, świst wiatru rozbrzmiewał ponad koronami drzew. Pogoda się zmieniła, na niebie zebrały się granatowe chmury ,a powietrze stało się nieprzyjemnie chłodne. O dach altanki zaczeły dudnić pierwsze krople deszczu. Po chwili ulewa rozszalała się na dobre. Ręce trzęsły mi się z zimna, z zakłopotaniem pocierałam ramiona aby chociaż troche je rozgrzać. Ku mujemu zdziwieniu po moich plecach delikatnie przesuneły się ciepłe dłonie wywołując przyjemny dreszcz. Dominic nałożył mi na plecy swoją marynarkę. Skinełam głową w wyrazie podziękowania.
- Musimy chwilę poczekać.. - odparł chłopak. Z jego ust wydobyło się ciche nucenie. Melodia kontrastowała z rytmem jaki wybijały krople na dachówkach. Po chwili słowa w jakimś obcym języku kształtowały się w wolną balladę. Jego deliktny głos nagle ucichł.
- Zatańczymy? - spojrzenie piwnych oczu utkwił wemnie. Bez czekania na moją odpowiedź poderwał mnie z ławy i złapał w tali. Przełknełam ślinę było to tak samo ekscytujące jak i stresujące. Kołysaliśmy się powoli, ja oparta o jego klatkę piersiową a on o moją głowę. Po czasie rozluźniłam mięśnie i pozwoliłam aby robił swoje. Oswajałam się z krępującą nas bliskością. Nagle bez ostrzeżenia zakręcił mną niczym małą tancereczką. Wszystko poszłoby idealnie, niestety niefortunnie się potknełam. Dominic wydał z siebie lekki hihot po czym przyciągną mnie do siebie. Już nie tańczyliśmy, nasze spojrzenia przeszywały się nawzajem. W jego oczach dostrzegłam ledwowidoczny błysk po czym nasze usta zamkneły się w namiętnym pocałunku.
     Nagle grunt usunął mi się z pod nóg, czarna otchłań pochłoneła moje ciało, otworzyłam oczy. Jedyne co zobaczyłam to oddlającą się twarz Dominica, wykrzwioną w grymasie bólu, smutną.
- Znajdź mnie.. - szepnął.
Później nie było już nic.


sobota, 11 czerwca 2016

Nie powiem...

Mimo wielu mieszanych uczuć poczułam ukłucie w sercu, zabolało mnie to. Zaskoczona byłam tym faktem. Jego błyszczące oczy wpatrywały się we mnie z zaciekawieniem.
- I na co się patrzysz, idioto? - Warknęłam i pociągnęłam słomką kolejny łyk koktajlu.
- Zarumieniłaś się , Kate - odparł nostalgicznie i lekko się uśmiechną.
- Przestań się tak do mnie zwracać! - Fuknęłam. Złapałam pośpiesznie słuchawki i telefon, plecak narzuciłam na ramię. W ułamku sekundy zniknęłam za trybunami.
- Uważaj, serce nie sługa! - Jego rozbawiony ton głosu.. nie, nie, nie! Nie mogę tak po prostu się w nim zakochać. Znam Dawida od 13 lat, jest dla mnie jak starszy brat, irytujący starszy brat. Na samą myśl o miłości mam mdłości.
- Odczep się! - Moje słowa porwał wiatr.
Lekcje jak zwykle mijały w swoim rytmie. Matma przepełniona napięciem i sztywnością. Biologia urozmaicona humorystycznie przez chłopaków ,a chemia niczym stąpanie po kruchym lodzie.
Naukę kończyłam o w pół do piątej więc zostało mi pół godziny do autobusu. Minąwszy furtkę od szkolnego boiska skierowałam się wzdłuż ulicznych kamienic. Po przejściu na drugą stronę ulicy mój wzrok przykuł pewien napis na jednym z pobliskich murków. Z mojej piersi automatycznie wydarł się cichy szloch, drżącymi rękoma wyciągnęłam z plecaka paczkę Malboro. Po moich policzkach spływały gorące łzy zapewne pozostawiając ciemne smugi tuszu. " Jesteś martwa Kate " głosił napis. Te słowa płonęły w moim umyśle. Czym sobie na to zasłużyłam? Podobne pytania kotłowały się w mojej głowie. Wpatrując się w chodnik schowałam papierosy. Nie mogę powrócić do nałogu, nie teraz. Skryłam się w cieniu drzewa i usiadłam pomiędzy  korzeniami. Obserwowałam uczniów wylewających się ze wschodniego skrzydła szkoły. Łączyli się w grupy. Z oddali dojrzałam moją ekipę, zapewne zastanawiali się czemu tak znikłam. Zaintrygował mnie fakt ,że nigdzie nie było widać Dawida..
- Bawisz się w zboczeńca czyhającego na małe dzieci w krzakach co Kate? - podskoczyłam ze strachu momentalnie. Byłam tak skupiona na obserwowaniu szkoły ,że nie dostrzegłam gdy do mnie podchodził.
- Daj mi spokój.. nie mam ochoty się z tobą droczyć..- odparłam do Dawida.
- A czy kiedykolwiek miałaś? - zapytał. Spiorunowałam go wzrokiem. Nie odzywaliśmy się dłużą chwilę. Czułam jak świdruje mnie spojrzeniem, bada.
 - Co się stało? Masz rozmazany tusz.
- Wszystko jest w porząsiu jak zwykle.
- Okłamujesz samą siebie. - Dodał po czym usiadł obok mnie. Siedział tak blisko...
- Nic mi nie je..
- Kate. - Urwał mi.
Obróciłam się w jego stronę. Przecież mogę mu ufać.. zawsze przy mnie był... zawsze mogliśmy na siebie liczyć.. Po moich policzkach spłynęły kaskady łez, a on zamiast spytać się " po co znowu beczysz Kate? " objął mnie i przyciągną do siebie tak ,że wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Czułam jego powolny rytm serca.
- Co ty robisz? - odparłam. Byłam zbyt słaba aby wyrwać się z jego objęć. Trzymał mnie mocno ale z pewną czułością jakby bal się ,że mógłby mnie stracić.
- Nie chce aby ktoś widział jak płaczesz.
-Ale..
- Żadnych ale. Po prostu daj upust emocją. Dobrze ci to zrobi - dodał z zupełnym spokojem.
I w tym momencie wtulona w jego pierś rozryczałam się na dobre. A on przez ten cały czas głaskał mnie po głowie i szepcząc zapewniał ,że wszystko się ułoży. Jakby czuł mój niepokój... w głębi duszy zdawałam sobie sprawę z rzeczywistego zagrożenia, ta groźba nie była byle pogróżką. Podobne teksty pojawiały się co jakiś czas ale teraz to przerosło moje pojęcie. Nie zdawałam sobie sprawy ,że mój prześladowca mógłby posunąć się tak daleko..

poniedziałek, 23 maja 2016

odwet

Słysząc Twe milczenie
Wyczuwam Twój martwy oddech
I te Twoje nieme spojrzenie
Mój odwet

środa, 30 marca 2016

one sense

straszny chłód
wilczy głód
te uczucie
niczym w sercu kłócie
po moim ciele
legiony dreszczy
jak ten mroczny uśmiech
złowieszczy

środa, 16 marca 2016

Niezależna...

     Strużka dymu unosiła się z nad niedopałka. Poprzez zamazany obraz patrzyłam jak kłębek dymu rozpływa się w powietrzu. Krople deszcz muskał moje policzki, a ja obserwowałam jak buchający dym z moich ust zatruwa powietrze. Odrażający widok. Zgniotłam papierosa o czubek buta i podniosłam się z wilgotnego trawnika. Po otrzepaniu spodni naciągnęłam kaptur na czuprynę i złapałam pośpiesznie plecak. Katem oka dostrzegłam zbliżające się postacie. Policja... Eh.. Jak zwykle musieli mi popsuć urocze popołudnie.. Ruszyłam spacerkiem w stronę lasu w ogóle nie przejmując się "pościgiem". Słyszałam zbliżające się kroki na ścieżce i krzyki. Gonili mnie, zabawne jak zwykle wkładali w to za mało starań.
- Zatrzymaj się! - usłyszałam i zerknęłam kątem oka.
     Krzyki powtarzały się niejednokrotnie i za każdym razem padające groźby puszczałam mimo uszu. W pewnym momencie wyczułam drganie powietrza obok mojego ramienia, z płynną precyzją uniknęłam chwytu policjanta. Ten zaś runął na ziemię upadając z głuchym plaskiem. Uniosłam delikatnie kąciki ust i przyjrzałam się przeciwnikom. Czterech uzbrojonych funkcjonariuszy, jeden przenosił ciężar ciała na prawą nogę zapewne z powodu kontuzji. Spływające z jego czoła kropelki potu i deszczu otarł wierzchem dłoni.
- W czymś mogę pomóc? - wyszczerzyłam zęby w złowieszczym uśmiechu.
    Usłyszałam zbliżające się kroki za moimi plecami.
- Nie radzę...- wyszeptałam. W ułamku sekundy mężczyzna po szybkim ruchu opadł bezwładnie na słodko zieloną trawę z nienaturalnie przekręconą głową. Wybuchłam śmiechem, moje okrucieństwo było dość porażające ale czemu wyszkoleni funkcjonariusze nie mogą sobie poradzić z buntowniczą nastolatką?  Mój hi hot zamienił się w mokry kaszel.
- Eh.. Paskudna wilgoć, można szybko się rozchorować..
   Zacisnęłam delikatnie pięść, na twarzach mężczyzn malował się grymas bólu. Im mocniej zaciskałam pięść tym większe cierpienie to zadawało.
- Proszę.. nie... - wycharczał jeden z nich.
- Po raz kolejny naruszacie moją prywatność... I nie powiem żeby mi się to podobało.. - wypowiedziawszy te słowa podeszłam do najbliższego z nich. Miał około metr dziewięćdziesiąt wzrostu więc patrzałam na niego z dołu. Delikatnie rozchyliłam wargi i dmuchnęłam ciepłą parą. Po funkcjonariuszu został jedynie rozpraszający się dym.. Wystarczyło jedno dmuchnięcie a on i reszta policjantów rozmyła się w powietrzu zostawiając mnie samą na polanie.
     Obróciłam się na pięcie ,aż moje glany zapiszczały na trawie. Skierowałam się między drzewa by zaszyć się w mroku  przed resztą świata. Usłyszałam pierwsze oznaki burzy...

niedziela, 21 lutego 2016

Czasami aby wiedzieć ile ktoś dla nas znaczy,  sprawdzamy swoje reakcje na długą rozłąkę. Ten "test" może przynieść negatywne skutki , wtedy błędy które popełniliśmy na zawsze zostaną. Sami jesteśmy przyczyną, sami jesteśmy skutkiem. To co widzimy, słyszymy, czujemy ,postrzegamy i myślimy pozwala nam stworzyć własny obraz wyobrażenia świata. Trzymamy w rękach kredki i to od nas zależy jak sobie pokolorujemy życie. Próbujemy patrzeć mądrze na świat, szukać swoich racji, zmieniać życie innych na lepsze. Wydaje się to banalnie proste - nie, po prostu nie poznaliśmy się na życiu. Unikamy przyznawania się do winy. Nie ważne ile wysiłku włożymy w wyznaczony odcinek czasu naszego życia - jesteś sami w sobie ciągiem zdarzeń prowadzących do własnej zguby .

wtorek, 26 stycznia 2016

Revival

     Dzwon kościoła Santa Maria właśnie wybijał dwunastą. Rozpoczęła się arytmetyka. Dziewczyny tłoczyły się pośród ławek.
- Cisza! Dziewczęta na miejsca! - po sali rozniósł się tubalny głos pani Sempare. Gwar ucichł. Szuranie krzeseł rozbrzmiało po sali. Zajęłam miejsce obok swojej przyjaciółki. Rachel uczesana była w dwa dobierane warkocze. Płócienna sukienka idealnie opinała się na jej drobnej figurze. Poznałyśmy się w pierwszej klasie podczas rozpoczęcia nauki w sierocińcu. Dziewczyna obdarzyła mnie swoim promiennym uśmiechem. Rozluźniłam mięśnie i usiadłam wygodnie w ławce. Nie przepadałam zbytnio za matematyką, lecz byłam pewna ,że po ostatniej eskapadzie do odpowiedzi dzisiaj trafi na kogoś innego. Przynajmniej miałam taką nadzieje. Nauczycielka powoli zapisywała przykłady na tablicy. Pierwiastki, minusy, plusy... O nie.. Liczby nie wymierne! Tylko nie to... Zamarłam może ze strachu, może ze stresu. Po plecach przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz. Napięłam mięśnie i wstrzymałam oddech.
- Do pierwszego przykładu podejdzie... - wzrok kobiety prześlizgną się po uczennicach - Ann, może ty? - odparła spojrzawszy na mnie.
     Wypuściłam powietrze. Moje oczekiwania minęły się z celem. Poczułam skurcz w żołądku.
Spokojnie, dasz rade. To tylko nie groźny przykład matematyczny.
Myśli krążyły po mojej głowie. Odsunęłam krzesło. Rachel posłała mi współczujące spojrzenie. Oczy rówieśniczek ciekawie mi się przyglądały, samotnie przechadzającej się ofierze mordu edukacyjnego. Fala gorąca doprowadziła , mnie do potu. Drżącą ręką odebrałam kredę. Zagubionym spojrzeniem przyglądałam się zapisanemu działaniu.
- Mamy czekać aż nastanie nowy dzień, Ann? -  zadała pytanie spokojnym głosem pani Sempare. Po klasie przebiegł cichy szmer, śmiech.
Ta pustka... czemu jak zwykle nic nie pamiętam?!
Zaczęłam kreślić cyfry. Kreda nieprzyjemna skrzypiała pod naciskiem. Zaciekawił mnie fakt iż w  klasie zapanowała cisza. Zerknęłam na nauczycielkę... ona... nie poruszała się. Wzrok utkwiony miała w jakiś punkt na końcu sali. Nie mrugała, nie oddychała, nawet nie drgała. Tak jakby była zamrożona. Obróciłam głowę, wszystkie dziewczyny wyglądały identycznie. Te nieobecne spojrzenie... ich oczy wydawały się mroczne. Przemierzyłam salę. Wyjrzawszy przez okno dostrzegłam coś niecodziennego... Zamurowało mnie. Tuż przy szybie znajdowała się mewa, tak jakby próbująca wystartować. Wisząca z rozpostartymi skrzydłami. Jej dzikie oczy świdrowały mnie na wylot. Odsunęłam się z skwaszoną miną. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Rachel... Jej oczy, jakby spłoszone wpatrywały się w nicość. Po cichu podeszłym do naszej ławki, ująwszy  dłoń przyjaciółki  nie byłam zbytnio zadowolona z faktu iż jest przerażająco zimna. Pomachałam jej zeszytem przed oczami. Nic, żadnej reakcji. Klepnęłam delikatnie w policzek. Brak jakichkolwiek zmian... Zmusiło mnie to do obserwacji innych koleżanek. Te same nieobecne spojrzenia... Blade jak porcelana twarze.. Przeszłam na tyły sali by ocenić swoją sytuację. Po krótkim namyśle oparłam się o ścianę. Zaskoczył mnie fakt gdy usunęła się z pod moich pleców... Obejrzałam się za siebie. Zamiast ściany znajdował się tu długi mroczny korytarz... Pełnił funkcję przedłużenia sali lekcyjnej... Zostawiając za sobą klasę postawiłam nogę na czarnej płytce, jednej z wielu które tworzyły coś na kształt szachownicy. Drugą nogę postawiłam na białej kafelce.. Lecz ta od razu po kontakcie z moją stopą pokruszyła się na miliony kawałeczków..
- Uciekaj! - pisnął ledwo słyszalny głos za moimi plecami. Obróciwszy się gwałtownie przywaliłam sobie włosami w twarz. Od pokoju oddzielała mnie jedynie cienka warstwa szkła. Przyłożyłam do szyby dłoń. Szkło zafalowało... Po chwili pękło sypiąc się niczym piasek.    Ukazała się przede mną przytłaczająca jak i tajemnicza otchłań. Bez zastanowienia uniosłam spódnice do góry. Skacząc z stopnia na stopień coraz bardziej wpadałam w rytm. Korytarz za mną zaczął się sypać. Ściany i podłoga zapadały się zostawiając po sobie pustkę. Na końcu tunelu dostrzegłam świecący punkt. Miałam wrażenie ,że z każdym moim krokiem światło się oddala. Powoli zaczęło mi brakować tchu. Coraz częściej przystawałam na stopniach. W pewnym momencie miałam uczucie jakby spod mych stóp rozpadało się podłoże. Nie wiem ile mogło upłynąć czasu kiedy dobiegłam do końca korytarza. Bez wahania wyskoczyłam przez okno , które zamknęło się z głośnym trzaskiem i rozpłynęło w powietrzu... 
     Był to czyn nie ostrożny i raczej mało kto by go pochwalał. Wiatr nieubłaganie mocno szarpał moimi włosami. Sukienka trzepotała na porywach bryzy. Odnosiłam wrażenie iż spadam i zarazem wisze w powietrzu. Do okoła mnie rozciągały się bezkresy oceanu. Złote, piękne , zachodzące słońce pokolorowało swoimi promieniami cały otaczający mnie teren. Wszystkie odcienie czerwieni, purpury i złota zdobiły niebo i taflę wody. Rozpostarłam ręce, zamknęłam oczy i dałam się ponieść sile natury. Mimo zbliżającego się niebezpieczeństwa czułam jak powoli każdą cząsteczkę mojego ciała ogarnia spokój... Czas ciągną się nieubłaganie. Kompletnie zapomniałam jaki dzisiaj dzień, rok, miesiąc... Która godzina... Nawet nie mogłam sobie przypomnieć własnego imienia.... Nie pamiętam do końca zderzenia z wodą. Wiem jedno. Ból od uderzenia znikł tak samo szybko jak i się pojawił. Gwałtownie otworzyłam oczy. Światło przebijało się przez taflę rozszczepiając  na miliony barw. Nigdy nie widziałam czegoś tak nie wiarygodnego jak i pięknego. Wynurzyłam głowę z wody i zaczerpnęłam haust powietrza. Woda była lodowata, trzęsąc się cała z zimna brodziłam rękoma i nogami aby utrzymać się na powierzchni. Głęboki wdech. Zanurkowałam. Odpychałam się od wody i coraz głębiej  zanurzałam. Nie przejmowałam się coraz ciemniejszą okolicą. Otchłań oceanu wzywała mnie... Mroczna i korcąca by ją zbadać.... Dno wydawało się być w zasięgu ręki. Napływającą woda do płuc stała się coraz bardziej uciążliwa. Wokół mnie szalała burza bąbelków wydobywających się z moich ust... Nie panikowałam mimo że mój organizm tracił powoli swoją żywotność.
    Wydobyłam z siebie przerażający pisk.. Miejsce w ,którym się znajdowałam było mi absolutnie obce. Unosiłam się w jakiejś nieznanej mi przestrzeni. Wymachiwałam rękoma i nogami. Moje oczy powoli przystosowywały się do otaczającej mnie scenerii. Powoli rozpoznawałam gdzie się znajduje. Kiedyś pani od fizyki mi o tym wspominała. A więc tak wygląda kosmos... Miliony świecących odległych punktów - gwiazdy. Dalekie kule o różnych barwach - planety. Błyszczące pasy punktów układające się w spiralę - galaktyki... I to wszystko tak blisko mnie. Stan nieważkości w którym się znajdowała powoli doprowadzał mnie do szału. Kompletnie nie mogłam się odnaleźć. Nademną gwiazdy, podemną także... Eh... Ile już tak szybowałam?  Jakim cudem ja oddycham? Czy przypadkiem w kosmosie nie ma tlenu..? W mojej głowie powstawało coraz więcej pytań... Spróbowałam zaczerpnąć powietrza. Nic. Może nie było mi ono potrzebne? Spróbowałam jeszcze raz. Brak rezultatów..skrzyżowałam ręce na piersi i dałam ponieść się grawitacji, a raczej jej braku. 
     Szybowałam już tak od dłuższego czasu... Powieki zaczęły mi się słodko kleić do snu. Uznałam że chwila drzemki to nie koniec świata.
- Ann? Wszystko okej? - głos nauczycielki wyrwał mnie z otępienia.
     Przymróżyłam oczy i wypuściła powietrze z płuc. Przyjrzałam się tablicy...  Wszystkie przykłady... Rozpisane były co do cyfry. Idealnie pod względem kaligraficznym i matematycznym.
- Ann?
- Tak... Chyba tak... - odparłam. Spojrzałam na swoje dłonie. Były całe oblepione białym pyłem. Strzepnełam kredę i usiadłam na swoim miejscu. Rachel coś do mnie nadawała, nie wsłuchiwałam się. Zmyślona spoglądałam na kartkę...