wtorek, 2 maja 2017

Prolog

     Moje kroki szeleściły na liściach niczym tysiące gnieconych gazet. Szłam w milczeniu po brukowanym chodniku. Mgła spowijała miasto jak smutne, ponure zalkęcie niewolące je od stuleci. Raz po raz przez mleczną zasłonę można było dostrzec zarysy postaci, które zostawiały po sobie jedynie przelotne szepty. Powietrze było rześkie i zimne niczym lodowaty oddech. Mijałam powoli kolejne domy, aż zatrzymałam się przy małej parceli. Kamienica sprawiała nieciekawe wraźenie, wypłowiała farba, odpadający miejscami tynk. W powietrzy samotnie wirowały jaskrawe liście. Po ciasnych schodach dostałam się na trzecie piętro. Wygrzebałam klucze z dna torebki. Z mieszkania buchnął podmuch gorąca, a korytarz spowijał mrok. Zatrzasnełam drzwi i momentalnie otworzyłam okna w salonie na oścież, zaduch który tu panował był nie do wytrzymania. Wyczerpana padłam na kanapę, tak jak w zwyczaju miałam to odrazu po powrocie. Z wnętrza rozbrzmiało ciche miauknięcie, mój kot z tupotem wbiegł do pokoju i wskoczył na oparcie. Wyciągną się i pomrugał zaspanymi jeszcze powiekami. Było to moje jedyne towarzystwo od dłuższego czasu. Cicho westchnełam i zrzuciłam pantofle na podłogę. Było piątkowe popołódnie, a ja ledwo co byłam w stanie myśleć. Miałam skromne mieszkanie idealnie pasujące do mojej ubogiej pensji, praca w cukierni to nie do końca ambitny zawód. Każdego ranka wybiegałam w pośpiechu z domu gdy miasto jeszcze spało, otwierałam piekarnię, przyjmowałam dostawy. Czasami w zamyśleniu wyobrażałam sobie swoją wymarzoną przyszłość,jak wraz z innymi młodymi projektantami dostaję ofertę współpracy z Coco Chanel. Było to błache marzenie, które całkowicie kontrastowało z moim obecnym życiem. Ospale wyciągnełam ręce i udałam się do swojej sypialni, nie mam co rozmyślać nad małoprawdopodobnymi rzeczami, wyjazd z Rumunii jest prawieże niemożliwy. Podeszłam do małej biblioteczki w rogu pokoju i sięgnełam po pierwszy lepszy tom, który czytałam poraz kolejny jak dziesiątki innych znajdujących się w tym domu. Zatopiłam się w tumanach poduszek i oddałam się lekturze. Historia opowiadała o młodym mężczyźnie, który skrywał swoją nieodwzajemnioną miłość przed światłem dziennym by pod koniec podczas wesela ukochanej w bólu i cierpieniu popełnić samobójstwo. Mimo znanej treści odnosiłam wrażenie jakbym pierwszy raz czytała daną powieść i na nowo przeżywałam ją z tym samym przejęciem.
     
***

     Ostatnie promienie słońca przedostawały się z pod lini horyzontu. Rozszczepiały się i tworzyły podniebne widowisko różnorodnych barw. Przyglądając się temu zachodowi byłam naprawdę zachwycona. Powieki zaczeły mi ciążyć i nim się zorientowałam zmożył mnie słodki sen.    Słońce grzało niemiłosiernie, od czasu do czasu lekkie podmuchy wiatru dawały ulgę w ten upalny dzień. Był środek przyjęcia a jedyną osobą z którą zamieniłam kilka zdań była moja   ciotka. Wysoka kobieta o jasnej delikatnej cerze, smukłej sylwetce i długich kasztanowych włosach. Od małego spędzałam z nią sporo czasu, podziwiałam jej urodę, jej szmaragdowe oczy uchodziły za najpiękniejsze w Deviańskim towarzystwie. Niestety jako gospodyni imprezy była najbardziej oblegana przez gości. Nieznałam tu nikogo, eleganccy mężczyźni i dostojne damy apsorbowali swoje towrzystwo niezwracając na mnie uwagi. Siedziałam w ciszy na wyklinowym fotelu i drobnymi łyczkami sączyłam szampana, obserwowałam pięknie kwitnący ogród i tumany gości. Wyłapywałam przeróżne ploteczki i polityczne nowości z rozmów.

- Lariso! Lariso, kochanie podejdź tu na chwilkę! - Melodyjny głos rozbrzmiał podnad gwarem, momentalnie się obróciłam, ciocia gestem ręki dała mi znać abym podeszła. 
     Tego dnia prosta ołówkowa spódnica i elegncka biała koszula idealnie podkreślała jej figure. Rękę kokieteryjnie miała opartą na biodrze, zaś na plecach zarzucone niedbale futro. Pośpiesznie podniosłam się z siedzenia i rozprostowałam rękoma sukienkę. Kobieta przywitała mnie buziakiem w policzek.
- Wołałaś mnie? - odparłam zdziwiona.- Chciałam ci kogoś przedstawić.. pomyślałam sobie że nie możesz być wiecznie sama.. i trzeba ci kogoś w końcu znaleźć! - na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech.  - Moja droga poznaj Dominica Tudora.
 - Ciociu! - irytacja w moim głosie była namacalna - ile razy ci powtarzałam abyś nie ingerowała w moje... - oniemiałam, moja reakcja była nieco przesadzona ale momentalne przestałam mówić, moje policzki oblał gorący rumieniec. Otóż nim zdążyłam się zorientować, niesamowicie przystojny młody mężczyzna złożył delikatny pocałunek na mojej dłoni. Automatycznie cofnełam rękę i schowałam za plecami.
- Dominicu to jest moja bratanica, Larisa Cristea mam przeogromną nadzieję że miło spędzicie ze sobą czas ,a teraz pozwólcie że dołaczę do reszty gości - odparła gospodyni po czym znikneła w tłumie pozostawiając po sobie jedynie szelmowski uśmiech.
- Ale.. - rzekłam zakłopotana. Panicz Tudor cały czas przyglądał mi się z nieskrytą ciekawością. - Jestem Larisa Cristea. - Wypaliłam po dłuższej niezręcznej ciszy.
- Wiem - młodzieniec lekko się uśmiechnął i przeczesał włosy - przejdziemy się?
- T-tak... - wyjąkałam.
     Opóściliśmy patio i skręciliśmy w ozdobną część ogrodu, brzęczenie bąków i pszczół wydobywało się z kielichów kwiatów. Szliśmy wolnym krokiem i podziwialiśmy cuda natury. Wąską ścieżką dotarliśmy do ozdobnej altanki. Bez konsultacji skierowaliśmy się w jej stronę. Usiadłam na drewnianej ławie i napawałam się cieniem jaki dała mi konstrukcja. Dominic przysiadł się obok mnie w zbyt małej odległości, najwidoczniej nie zdwał sobię sprawy z tego jak bardzo napiełam swoje ciało. W spokoju obserwował bawiące się w powietrzu motyle. Dało mi to możliwość przyjrzenia się mu. Uosabiały go cechy jeszcze młodzieńcze ale mocno zarysowana szcęka dawała znać ,że wkracza w dorosłość. Włosy miał dłuższe niż u większości mężczyzn, w kasztanowych falach prześwitywały rudawe pasma. Ich niechlujne ułożenie wyglądało wręcz perfekcyjnie, niesforne kosmyki wciąż zakładał za ucho. Miał bladą cerę i krzaczaste brwi co wyglądało lekko groteskowo ale uroczo. Bystre spojrzenie piwnych oczu momentalnie skierował w moja stronę, zdał sobie sprawę ,że go obserwuję.
- Przyglądasz mi się - wypowiedział łagodnie.
- Ja.. przepraszam poprostu się zamyśliłam i.. - spuściłam głowę na dół.
- Rozumiem, tak piękne oczy jak twoje są ciekawe świata,  muszą badać. - Szeroki uśmiech rozpromienił jego twarz.
Momentalnie spojrzałam w jego stronę i nerwowo uniosłam kąciki ust.
    Płyneły godziny rozmów, a pojedyńcze słowa zmieniały się w frazy, krótkie zdania aż w końcu z dłuższych wypowiedzi powstała szczera pogawędka. Wymienialiśmy własne poglądy i co jakiś czas wybuchaliśmy śmiechem, kurtyna nieśmiałości opadła. Dowiedziłam się wiele o jego życiu, był poetą amatorem co chwilę z nienaganną frywalnośćą konstruował coraz ciekawsze pojęcia. Opowiadał o swojej przeszłości i marzeniach. Odniosłam wrażenię iż w jedno popołudnie staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi. Zszokowała mnie informacja gdy dowiedziałam się ile ma lat, niedługo miała minąć jego dwudziestatrzecia wiosna. Mimo czteroletniej różnicy wieku nasze spojrzenie na świat było tak samo świeże i modernistyczne.
-...kojarzysz może Autora Nieznanego? - padło pytanie z jego ust.
- Tak, obiła mi się o uszy jego twórczość, jest niezwykle cenionym pisarzem w ostatnich latach. A czemu pytasz?
- Czysta ciekawość, bardzo go szanuje, to mój ulubiony autor.. - odparł beznamiętnie spoglądając gdzieś w dal.
- Coś cie martwi? - spojrzałam na niego, w jego oczach pojawił się głęboki smutek. - Czegoś się obawiasz?
- Sam nie wiem - poprawił się i odchrząkną - czasami.. nie wiem jak to ująć, może to strach lub lęk przed rozczrowaniem. Od kiedy pamiętam uwielbiam tworzyć, inspirowałem się wszystkim co mnie otaczało, pisałem prosto z serca ale nie zawsze to doceniano. Z czasem zauważyłem że coraz mniej ludzi interesuje prawdziwą poezją, najchętniej czytaliby poniżające satyry, tanie romansidła i teksty w których wszystko jest podane na tacy. Moim największym marzeniem jest napisać coś takiego co po przeczytaniu zostanie w sercu. Powieść która odmieni rozumowanie innych, w każdym mieście w każdym kraju będzie o niej głośno. Ale do tego nie potrzeba talentu, do tego jest potrzebna wiedza. Cóż za pożytek z młodego marzyciela który śni o najdalszych podróżach, który nic nie wie, nic nie przeżył, nic nie osiągnął...
- Tego się właśnie boisz, boisz się zapomnienia prawda?
- To jest nie uniknione, ważne jet dlamnie w jaki sposób ludzie o mnie zapomną...
    Zapadła głęboka cisza, świst wiatru rozbrzmiewał ponad koronami drzew. Pogoda się zmieniła, na niebie zebrały się granatowe chmury ,a powietrze stało się nieprzyjemnie chłodne. O dach altanki zaczeły dudnić pierwsze krople deszczu. Po chwili ulewa rozszalała się na dobre. Ręce trzęsły mi się z zimna, z zakłopotaniem pocierałam ramiona aby chociaż troche je rozgrzać. Ku mujemu zdziwieniu po moich plecach delikatnie przesuneły się ciepłe dłonie wywołując przyjemny dreszcz. Dominic nałożył mi na plecy swoją marynarkę. Skinełam głową w wyrazie podziękowania.
- Musimy chwilę poczekać.. - odparł chłopak. Z jego ust wydobyło się ciche nucenie. Melodia kontrastowała z rytmem jaki wybijały krople na dachówkach. Po chwili słowa w jakimś obcym języku kształtowały się w wolną balladę. Jego deliktny głos nagle ucichł.
- Zatańczymy? - spojrzenie piwnych oczu utkwił wemnie. Bez czekania na moją odpowiedź poderwał mnie z ławy i złapał w tali. Przełknełam ślinę było to tak samo ekscytujące jak i stresujące. Kołysaliśmy się powoli, ja oparta o jego klatkę piersiową a on o moją głowę. Po czasie rozluźniłam mięśnie i pozwoliłam aby robił swoje. Oswajałam się z krępującą nas bliskością. Nagle bez ostrzeżenia zakręcił mną niczym małą tancereczką. Wszystko poszłoby idealnie, niestety niefortunnie się potknełam. Dominic wydał z siebie lekki hihot po czym przyciągną mnie do siebie. Już nie tańczyliśmy, nasze spojrzenia przeszywały się nawzajem. W jego oczach dostrzegłam ledwowidoczny błysk po czym nasze usta zamkneły się w namiętnym pocałunku.
     Nagle grunt usunął mi się z pod nóg, czarna otchłań pochłoneła moje ciało, otworzyłam oczy. Jedyne co zobaczyłam to oddlającą się twarz Dominica, wykrzwioną w grymasie bólu, smutną.
- Znajdź mnie.. - szepnął.
Później nie było już nic.